Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 797 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

A CZAS PŁYNIE

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

TOM RANDDAL

kontakt:xandar67@wp.pl

O CO CI W OGÓLE CHODZI:

Nie chcę wywoływać bluźnierczych plotek. Ale myślę że Bóg ma niezdrowe poczucie humoru i kiedy umrę spodziewam się ujrzeć jak śmieje się.

Ulubione strony

2007 NOWY JORK

DLA DESPERATÓW:

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

KŁAMSTWO, WIELKIE KŁAMSTWO, STATYSTYKA:

Odwiedziny: 4701876
Wpisy
  • liczba: 1115
  • komentarze: 19337
Bloog istnieje od: 4048 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl

Lanta Pura Resort, czyli niech was ręka boska broni przed tym hotelem w Tajlandii

czwartek, 06 marca 2014 7:14

Przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Tajlandii prawie pół roku i wydawało się, że prawie wszystko już wiemy. Kilka spotkań z ludźmi którzy byli tam po kilka raz, przeczytane przewodniki i całe internety. Sami wybieraliśmy trasę, hotele. Wyjazd był w pewien sposób nadzorowany przez biuro podróży, ale wycieczka była 4 osobowa. Wszędzie byliśmy sami, a rola Planet Escape sprowadzała się do tego, że mieli upusty na hotele większe niż można było uzyskać przez Booking, załatwiali nam kierowców i dzielili się swoimi doświadczeniami. Opracowali nam przewodnik z którego korzystaliśmy, mieliśmy też aparat telefoniczny do ich zaprzyjaźnionego rezydenta w Bangkoku. Podróż szyta na miarę i tak to też wyglądało.

 

Pierwsze zmiany wynikły, gdy zdecydowali się z nami jechać rodzice żony. Odrzuciliśmy wtedy malutkie wysepki i chatki z bambusa, na rzecz hoteli. Tak na wszelki wypadek, żeby mieć bliżej pomoc medyczna i zapewnić rodzicom odrobinę więcej wygody.

 

Zdobyliśmy masę doświadczeń, ale o tym będzie za kilka dni. Dziś tekst, który ma na celu uchronić następnych przed zorganizowaną działalnością przestępczą.

 

Koh Lanta była drugim miejscem naszego pobytu w Tajlnadii, wyspa z pięknymi plażami, dobry punkt wypadowy do popłynięcia na mniejsze wysepki. Wyspa inna niże pozostałe, bo w 95% procentach jej mieszkańcy wyznają islam. Dostaliśmy do wyboru kilka hoteli - nasz warunek, odrobina cywilizacji i morze za oknem. Wybraliśmy hotel, który spełniał te warunki, cena była też w porządku.

C:\fakepath\DSC_9196.jpg

hotel przy pustej plaży

Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy budynki w kształcie litery U, dwupiętrowe, z recepcją otwartą na zewnątrz, niewielki basen i morze. Przy meldunku wspomnieliśmy, że tuż przed wejściem na prom widzieliśmy króla Tajlandii. Była to szczera prawa, bo patrol policyjny zatrzymał naszego busa w środku buszu i kazał nam czekać na przejazd monarchy. Król wizytował pobliską szkołę i nawet przejeżdżając obok nas otworzył okno i pomachał do nas. Recepcjonistka była zachwycona, więc dostaliśmy zupełnie inny, niezgodny z rezerwacją pokój - być może zazdrość ją zżerała, bo króla nie widziała.

 

Pokoje nie były od strony morza, tak jak miały być. Za oknem widać dżunglę, na pierwsze pociągnięcie nosa, podlewaną czymś dziwnym. Po interwencji mojej wojowniczej żony dostaliśmy dwa nowe apartamenty. Jeden, przez przypadek nasz, najładniejszy w hotelu.

 C:\fakepath\DSC_8947.jpg

fajnie przeszklone ściany

Ważne dla całej opowieści jest to, że morze za oknem znikało. Raz było tak blisko, że prawie można była skoczyć do niego z naszego olbrzymiego balkonu, aby po kilkunastu godzinach do najbliższej wody iść 2.5 km. Przez przypadek, drugiego dnia o świcie, w trakcie biegania znalazłem piękną plażę Long Beach. Tam też kilka razy byliśmy. Kupiliśmy wielki parasol, matę i biwakowaliśmy na pustej prawie, przepięknej plaży. Pikanterii dodawał fakt, że musieliśmy przejść ścieżką w dżungli, uważając aby na głowę nie spadł kokos.

 

Rozkładając nasze obozowisko, przywiązałem torbę z rzeczami na plażę do masztu parasola. Drugiego dnia okazało się to zbawienne. Analizując całą sytuację, uzmysłowiłem sobie, że dwóch gości przechodziło koło naszego biwaku kilka razy. Osobno. Gdy byliśmy w wodzie, jeden z nich wyszedł z dżungli i szybkim krokiem zbliżał się do naszej maty. Wydarłem dziób w wodzie i ruszyłem pędem. Facet rzucił się na nasze rzeczy, złapał torbę, szarpnął i przewrócił się. Ja jednak miałem do niego kilkadziesiąt metrów. Podnosząc się, złapał czytnik Kindle, który leżał na wierzchu.

Goniłem go dość długo, podnosząc po drodze jakąś gałąź, która miała i pomóc w ewentualnej walce. Zniknął jednak w krzaczorach. W torbie, którą uratowaliśmy, mieliśmy masę rzeczy, w tym telefony, aparaty fotograficzne i klucz z numerem pokoju i nazwą hotelu. Niewykluczone, że przy drodze na złodzieja czekał wspólnik na skuterze. Na pewno byliby pierwsi w naszym pokoju.

 

Od tej pory wszystko trzymaliśmy w pokojowym sejfie. Oczywiście ponieśliśmy tego konsekwencje już za dwa dni.

C:\fakepath\DSC_9049.jpg

widok z okna

 

Przypływ oddał nam morze i pływaliśmy pod oknem hotelu, po godzinie nieobecności w pokoju, przyszedłem żeby wziąć coś do picia. Pokój był posprzątany, pokojówka była dwa pokoje obok. Zajrzałem do sejfu, gdzie godzinę wcześniej wkładałem iPhone i Ipada. Nie było ich. Sejf był zamknięty. Pobiegłem po żonę, po drodze wezwaliśmy obsługę hotelu. Łaskawy złodziej nie wziął 600 dolarów, 4000 Bathów, dwóch aparatów fotograficznych, iPoda, karty kredytowej, paszportów i telefonu Sony.

 C:\fakepath\DSC_9189.jpg

sejf pokojowy, z dużym dość wyświetlaczem

Obsługa nie chciała wezwać Policji. Skontaktowaliśmy się z Planet Escape i powiedzieli nam co mamy zrobić. Po 30 minutach z rzeczami spakowanymi w torbie dotarliśmy na Policję. Spędziliśmy tam 4 godziny, odsyłani od lasa do Sasa. Udało się sporządzić protokół po angielsku i po tajsku. Strasznie dziwne rozmowy się tam toczyły. Policjanci wyglądali w dużej części przedziwnie. Obwieszeni bronią, bez zębów, trochę wyglądali niektórzy jak gang Olsena. W końcu pojechaliśmy do Lanta Pura Resort. Weszli nawet do naszego pokoju. Obejrzeli sejf i wyszli. Agnieszka siedziała z nimi w recepcji, a ja całą drogę kombinowałem jakim cudem znali hasło do sejfu. W końcu znalazłem nad sejfem, w panelu sufitowym wywierconą dziurę. Tam prawdopodobnie była zamontowana kamera internetowa i doskonale wiedzieli, jak wbijamy 4 cyfrowy numer. Policja pofatygowała się na górę i przyznali mi rację. Potem jeszcze raz pojechaliśmy na komisariat.

 C:\fakepath\DSC_9188.jpg

dziura w kasetonie sufitowym nad sejfem

Dyrektor hotelu umywał ręce. Nie był niczym zainteresowany, gdy zobaczył, że zapłaciliśmy wcześniej. Na następny dzień umówiliśmy się z właścicielem hotelu. Po 2 godzinach i tak nic nie wskóraliśmy. Oczywiście zupełnie przez przypadek kamery monitoringu zepsuły się dwa dni wcześniej. Żądaliśmy zwrotu 1.5 tys dolarów, ale na koniec nawet za wodę z lodówki musieliśmy zapłacić. Teksty: przecież zgłosiliście to Policji, co nie wierzycie w Policję?

Zdarzyło się to wszystko w naszą 24 rocznicę ślubu, ot taki prezencik od losu.

Czas na podsumowanie. Ipohone ma lokalizację, tak ale musi być włączony do sieci i mieć dostęp do WiFi. Ja zadzwoniłem do biura, aby zablokowali mój numer. Znacie swój numer IMEI? Nie? Ja też nie znałem. A co do zablokowania telefonu. Czas Polska - Tajlandia to - 6 godzin. Biuro obsługi Orange czynne jest od 7 rano. Numer IMEI jest o tyle ważny, bo gdy macie potwierdzenie z Policji, operator zablokuje sam aparat i nie da użyć się go w żadnej sieci. Sam duplikat waszej SIM karty załatwia się w 5 minut.

 

Karty kredytowe - pewnie macie numer do banku wpisany do komórki, ale co jeśli ukradną wam komórkę i kartę? A jeśli ukradną wszystkie telefony jakie macie? Zdajecie sobie sprawę, że nie wszędzie jest dostępny internet i nie może nie udać się połączyć z bankiem.

Zmieniłem PIN do karty na wszelki wypadek, ale dopiero drugiego dnia wpadłem na to, żeby podać nowy numer telefonu do banku. Banki na szczęście pracują 24 na dobę.

A co jeśli zginie paszport? Otóż warto mieć ksero paszportu w walizce, na jego podstawie konsulat RP wyda wam jednorazowy paszport, dzięki czemu znajdziecie się w domu.

Oczywiście wniosek jest jeden, brać ze sobą jak najmniej rzeczy, tyle tylko, że na kolejnym etapie naszej podróży na Patongu, taki sprzęt jak nam ukradziono leżał tonami na leżakach, a jego właściciele byli w morzu.

My poinformowaliśmy pozostałych gości hotelu o naszym zdarzeniu, może popsuliśmy im wakacje, a może uchroniliśmy od strat. Po 24 godzinach dziurę w suficie zaklejono taśmą, a nawet spełniło się kolejne nasze życzenie - zmieniono zamek w drzwiach.

Kwestie ubezpieczenia - na pewno macie na wszystko rachunki? My na przykłada iPada dostaliśmy. Wysokości ubezpieczeń turystycznych nie są oszałamiające, ale ja jakoś nigdy tego nie sprawdzałem, bo przecież zawsze wszystko dobrze się kończyło.

Tajlandia to piękny kraj, ludzie są zwykle bardzo mili, ale odnieśliśmy wrażenie, że w tym hotelu obsługa wymyśliła sobie dodatkowy sposób na życie. Mam dziwne przeczucie, że pokojówka była w ten proceder zamieszana, podobnie jak recepcjonistki, koło których było jedyne wejście do hotelu. Pani dyrektorka hotelu, też miała swoje za uszami.

 

Mamy nadzieję, że nasza historia uchroni kilka osób przed podobnymi przygodami. Nauczyliśmy się sporo. Oczywiście rzeczy nie są specjalnie istotne, ale szkoda byłoby utracić zdjęcia z połowy wyjazdu razem z aparatem. Wiecie jak dużo danych przechowujemy w urządzeniach, które wozimy ze sobą? Przekonała się o tym moja siostra z Nowego Jorku, poprzednia właścicielka iPada, gdy rozdzwoniły się telefony z banków, z prośbą o potwierdzenie kredytu.

 

C:\fakepath\DSCN0406.jpg

Ale Tajlandia jest w dużej części taka


Podziel się
oceń
30
0

WASZE OPINIE (45) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

Klaszczą kleszcze jeszcze

poniedziałek, 04 listopada 2013 20:36

 

Czarna seria trwa w najlepsze. Ale są w niej chwile przyjemne, choćby jak wizyta chłopaków z USA, którzy dzielą się doświadczeniami Crunchtech w Europie. Wylądowali z Warszawie, a potem jechali do Poznania, Berlina i Wiednia. Mam jednak nadzieję, że dwa wieczory warszawskie zostaną im na dłużej w pamięci. Gdy tylko znaleźli się u nas wyrwałem się na chwilę z pracy i przywiozłem im torbę z różnymi regionalnymi piwami.

 

Pierwszego dnia pojechaliśmy w miasto, Kompania Piwna – jedno z fajniejszych miejsc knajpianych na Starówce, gdzie musieli spróbować kapusty kiszonej, kaszanki z cebulą na ciepło, tatara, pasztetu, białej kiełbasy i paru innych specjałów wszystko popijane litrowymi kuflami pilznera.

 

Później pojechaliśmy do Piw-Paf, czyli największego multitapa w Warszawie zmierzyć się z zawartością 55 kranów. Ale panowie byli cokolwiek zmęczeni, więc zabrałem parę butelek z różnych europejskich krajów do domu.

 

Następny dzień to już wieczór w domu – węgierska zupa gulaszowa, carpaccio z buraka, rucoli i polędwicy z tuńczyka, polska strucla z serem, druga ze śliwkami. Piwo z Polski, Litwy, Rosji, Niemiec i Belgii. Whisky ze Szkocji i jeszcze raz ze Szkocji. Było naprawdę miło, aż szkoda, że nie zdecydowałem się z nimi jechać w dalszą trasę.

 

Tyle tylko, że nastąpił dzień kolejny. Który zaczął się od dziwnego bólu nogi, który jak prawdziwy twardziel zlekceważyłem. Późnym popołudniem już dość ciężko było z chodzeniem. Obejrzałem lewą nogę, piszczel i coś jakby strup, nie wiadomo po co i dlaczego. Byłem parędziesiąt kilometrów od domu i wpadłem na jakże idiotyczny pomysł, że pozbędę się go. Nie chciał wcale oderwać się, więc wziąłem go podstępem i wykręciłem. No dobrze, wyglądałem jak ostatni kretyn, bo działo się to na środku Makro Cash, a za stół operacyjny służył mi wózek. Zostało mi to dziwne coś w ręku, chciałem wyrzucić, ale obejrzałem i z olbrzymim zdziwieniem stwierdziłem, że to coś to robak. Myślałem, że nie  zdarza się to za życia, tylko chwilę później, ale jednak to coś żyło, no może żyło trochę wcześniej.

 

Kleszcz? Włączam wyszukiwarkę w Safari ze zdjęciami kleszcza, z profilu podobny. Przeczytałem, że cieszyć nie ma się z czego, ale żyć powinienem. Najważniejszy jest spokój i cierpliwość, tak było napisane w Internetach. Noga bolała bardziej, zrobiła się trochę czerwona, bo drań gdy wgryza się wpuszcza jakąś substancję znieczulającą. Jako że moje wytrenowane nogi to stalowe mięśnie, więc poddał się, tyle tylko, że po 3 dniach, bo 3 dni wcześniej byłem w lesie.

 

Udałem się do mojej lokalnej przychodni zdrowia. W zabiegowym panie obejrzały pod wielkim szkłem powiększającym moją ranę kłutą i stwierdziły, że chociaż było to głupie, że się go sam pozbyłem, to uczyniłem to fachowo i nic nie zostało. Pamiętajcie jak was użre takie indywiduum, to do zabiegowego. Żadnych maseł, alkoholi bo będzie źle.  Można w aptece kupić pompkę do usunięcia kleszcza.

Jednak pani dr oglądając to moje zaczerwienione odnóże zapisała mi profilaktyczny antybiotyk na boreliozę, dwa razy dziennie po pigule. Wczoraj wziąłem ostatnią. Żyję i wygląda wszystko dobrze.

Dodam tylko, że w lesie byłem w wysokich sznurowanych butach, obcisłych spodniach, czapce, kurtce itd. Ale nie macie pojęcia jakie gąski były.

Teraz wstawię na allegro, na licytację miejsce gąskowe, bo w życiu tam już nie wejdę.


Podziel się
oceń
12
8

WASZE OPINIE (38) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

Ojciec i syn

czwartek, 25 lipca 2013 8:57

Długo wahałem się nad tym tekstem, bo pewnie jest zbyt osobisty, ale może kilka osób będzie miało odpowiedź dlaczego nie jestem od kilku dni zbyt towarzyski. Z drugiej strony nie chciałbym, żeby ktoś myślał, że tworzę jakieś alibi.

 

3 tygodnie temu

 

Telefon od ojca, kilka godzin przed wyjazdem na urlop, siedzę w biurze, kilka naprawdę ważnych spraw do załatwienia, odbiór prac remontowych i inwestycyjnych.

 

Zawsze jak wyświetla mi się numer zastrzeżony, mam ciarki, że to coś związanego z nim, że coś jest źle. Wieszam się, to koniec. Odłożona słuchawka.

 

Nie wiedział, że wyjeżdżam. Utrzymujemy kontakty na tyle, na ile jestem w stanie. Jakieś zakupy jedzenia z długim terminem ważności, konserwy, makarony, kawa, herbata, papierosy, środki czystości, czasem jakieś drobne rachunki opłacałem gdy zapomniał. Ale to zdarzało się rzadko. Nigdy nie łączyło nas nic specjalnego, był zawsze antytezą ojca. Przez całe życie obiecywałem sobie, że będę inny niż on. Na tym etapie tak jest. Nie wierzę w syndrom dziecka alkoholików, to tylko wytłumaczenie dla mięczaków, każdy jest kowalem swojego losu. Bez żadnej pomocy rodziców osiągnąłem sporo, ale jednak czasami w nocy sumienie odzywa się i wyciąga jakieś przebłyski chwil, gdy był normalny bez wódki i kolegów. Bieda potrafi hartować, a ból uczy pamiętać. Oczywiście, że lał mnie pasem, sznurem od prodiża za byle co, ale takie były czasy, kiedyś urosłem i powiedziałem dość. Żyłem dużo poza domem i szybko z niego uciekłem, aby stworzyć prawdziwą rodzinę.

 

Oddzwaniam. Upiorna melodyjka i poczta. Pięć razy to samo. Wsiadam w samochód. Odległość 60 km. Znajduję w necie telefon do Policji w W. – mówię co się być może dzieje. Po chwili oddzwaniają. Ja oczywiście myślę, że zrobił to. Jakiś głos w słuchawce mówi, że są pod domem, wezwali straż pożarną i karetkę ale do mieszkania nie mogą dostać się. Co mają robić… Oni mnie pytają, będę za 10 minut. Kolejny telefon, dzwoni komendant Policji z prośbą o numer telefonu ojca. Jadę zdecydowanie za szybko. W głowie mętlik i parada głupot, czy jeśli zabił się to pojadę na urlop, czy Angel pojedzie sam, czy Młoda za mnie, a ja za tydzień za Młodą. Może to świadczy o mojej bezduszności, a może doskonale opisuje łączące nas stosunki.

 

Gdy dojechałem zostawiłem samochód 200 metrów od domu, bo rozkopana ulica, totalna demolka wymiana nawierzchni ulicy i chodników, za kilka miesięcy będzie naprawdę ładnie, wszędzie kostka granitowa, nowe chodniki, odnowiony dom w którym spędziłem kilkanaście lat.

 

 Dwóch Policjantów stoi przed drzwiami, otwieram drzwi, ale jest łańcuch. Strażacy są gdzieś dalej, walnąłem kilka razy w drzwi i zerwałem łańcuch. Proszę mundurowych, żeby weszli, bo ja boję się.

 

Ciemno, bałagan w kuchni, otwierają drzwi do pokoju. Ojciec leży na łóżku. Śpi.

Potem biurokratyczna część spektaklu i szereg dobrych rad. Karetka nie zabiera go do szpitala, chociaż jest w marnym stanie. Alkoholik, cukrzyk, problemy z chodzeniem, rany na nogach, nowotwór zjadł pół twarzy. Oprócz insuliny odmawia wszelkiego leczenia. Rozmawiamy. Później wyjeżdżam. Właściwie najpierw jadę do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, rozmawiam na temat leczenia, ubezwłasnowolnienia. Ale to wszystko jest beznadziejnie niemożliwe, nic nie można zrobić. Wszystko zależy od niego. Mają go kontrolować, ale przecież wiem, jak to skończy się.

 

5 dni temu

Wracam z urlopu. Telefon – wiesz twój ojciec był w ciągu ostatniego tygodnia w szpitalu psychiatrycznym, ale od wczoraj chodzi po mieście i nie chce wejść do domu. Mieszka w jednym budynku z bratem, który od kilku miesięcy jest dla niego wcielonym złem. Ukradł mu setki tysięcy, zamordował kilka osób, zdemolował mu mieszkanie. W spodniach znalazł chipy, brat i sąsiadka go śledzą przez satelitę. Wszyscy podsłuchują.

 

Wsiadam w samochód i po godzinie z kuzynem znajduję ojca stojącego pod czyimś oknem, zaprowadzam go w stronę domu. Po chwili prosi o papierosy. Robię mu zakupy, pod sklepem pojawiają się jeszcze dwie osoby z rodziny. Przechodzimy te parę metrów do domu – on twierdzi, że brat wymienił zamek w jego mieszkaniu, ukradł mu kilka rzeczy, złoty sygnet i nasze zdjęcia. Otwieram drzwi kluczem, który dostałem 20 lat temu od matki. Innego zamka nie ma. Trudno wejść do domu, wszystko porozwalane. Sterta ziemi z kwiatków sięga do połowy łydki, jakieś papiery. Koszmar. Brat prowadzi go do pokoju, kuzynka zaczyna sprzątać. Pojechałem po worki na śmieci środki czystości. 200 metrów do kontenera na śmieci wynoszę kilkanaście worków.

 

Zaczyna być agresywny. Wszystkie rzeczy które mówił, że zginęły leżą na swoich miejscach. Próbuję umyć garnki, ale trzeba je wyrzucić. Ciągle mówi o pieniądzach. Jadę na pogotowie, każą wezwać karetkę. Po godzinie  podjeżdża karetka. Mam złudzenie, że jakoś to się skończy, że otrzyma pomoc medyczną, że wróci do normalności.

 

Badają mu cukier i ciśnienie. Dają coś na uspokojenie, ale do szpitala nie zabiorą. Odmawia. W Polsce nie ma przymusowego leczenia, w ich opinii nie zagraża nikomu, sobie również. Nie brał od powrotu ze szpitala insuliny. Cukier 300. Insuliny nie ma w domu, zabrał ją brat… Proponują, że zawiozą go do normalnego szpitala. On odmawia. Rozmawia z nimi prawie normalnie, tylko przy pieniądzach się rozpędza. Po chwili mówi, że to brat zabił moją matkę i sąsiada.

 

Karetka odjeżdża.

Dopiero po paru minutach odpowiada na pytania, bo przecież oni stoją pod drzwiami i podsłuchują. Pali papierosa strzepuje popiół na dywan. Jeszcze chwilę, ale co z tymi 50 tys. które przed chwilą przyniosła mu Hanka. Nie wiem, kto to Hanka, żadnych pieniędzy oczywiście nie było. Krzyczy, że jestem taki sam jak oni, że nie chcę pomóc.

 Jedziemy do znajomego lekarza po receptę na insulinę. Dwie ulice dalej, ale trwa to ze 30 minut, bo najpierw trzeba dojść ruinami chodnika na parking. Lekarz nie wpuszcza nas do domu. Są kolegami, ale może nie było go. Ojciec słyszy przez ściany, że córka mówi żeby go pan doktor wpuścił. Nic nie słyszę. Jedziemy do przychodni. Po długiej zawiłej rozmowie dostaje pełnopłatną receptę. Jedna apteka jeszcze czynna.

 

Podjeżdżamy. On mówi, że sąsiadka już tu zadzwoniła i nic nie kupię. Wchodzę, okazuje się, że jest insulina, ale inaczej się nazywa. Nie sprzedadzą mi. Muszę poprawić receptę. Wracamy do przychodni. Mówi, że zostanie w samochodzie. Wchodzę po 3 minutach do lekarki, ale ta odmawia zmiany recepty. Mogę jechać do Góry Kalwarii, Grójca albo nawet do Warszawy ją wykupić. Zgrzytam zębami, wychodzę. Jestem u kresu wytrzymałości, to wszystko trwa już 8 godzin. W samochodzie nie ma ojca. Obchodzę dookoła budynek przychodni, objeżdżam 10 razy miasto. Kamień w wodę. Jadę do domu. Wcześniej dzwonię do jego brata i pytam, czy nie przyszedł do niego. W trakcie rozmowy zauważam, że sygnet ojca leży na siedzeniu pasażera. Kawałek złotej blaszki, której wartość w jego mniemaniu urosła do jakichś niebotycznych rozmiarów.

 

 

Następnego dnia, jestem w pracy, pierwszy dzień po urlopie. Dzwoni o 8 rano kuzyn ojca. Ojciec jest w szpitalu psychiatrycznym w Radomiu, próbował powiesić się na klamce drzwi w piwnicach jakiegoś bloku.

 

Dzwonię do szpitala. Tak jest, ale nic nie powiedzą, muszę jechać. Jadę 130 km. Znajduję oddział na którym jest, wszystko pozamykane. Drzwi bez napisów. Jedyny napis na pierwszym piętrze – ordynator. Pukam, próbuję otworzyć, ale zamknięte. Schodzę, słyszę że drzwi otwierają się, wychodzi lekarz – mówi, że muszę dzwonić do drzwi na dole. Znajduję dzwonek pod 10 warstwami farby. Dzwonię raz, drugi, dziesiąty. Drzwi zaklejone folią, ale przez zerwany kawałek widzę chodzących za nimi ludzi.

 

Przechodzi korytarzem jakiś robotnik, pytam się czy dzwoniąc dostanę się do środka. Tak, ale to może potrwać. Po 10 minutach otwierają się drzwi i wychodzi pielęgniarz. Mogę wejść, ale właśnie jest obchód, wszystkiego dowiem się od lekarzy za chwilę, mam kogoś zaczepić.

 

Wcześniej dociera do mnie, jacy grzeczni ludzie są dookoła. Idąc w garniturze od parkingu do recepcji i potem na oddział każdy mówił mi dzień dobry i kłaniał się. Wychodzą lekarze. Chyba około 10 osób i … znikają w pokojach. Udaje mi się złapać jedną osobę w białym fartuchu, ale mówi, że informacji udzieliłby mi ordynator, ale nie dziś, bo ma dzień biurowy. Może coś powie lekarka, która przyjmuje tuż obok. Taką odpowiedź uzyskałem, gdy wytłumaczyłem, że kazano mi przyjechać i że to jednak dobrze ponad 100 km od mojego domu.

 

Po 15 minutach wychodzi pacjent, pielęgniarka której pytam się, czy mogę wejść. Nie. Bo pani doktor jest zajęta. A pan to do kogo. Przedstawiam się nazwiskiem. Lekarka otwiera drzwi, pan Piotr? Dzwoniłam kilka dni temu do pana. Wreszcie ktoś sympatyczny. Trzydziestoletnia dziewczyna słucha co mam do powiedzenia. Po chwili widzę, że układa się wszystko w spójną całość.

 

Udało się ustalić co jest urojeniami ojca, a co rzeczywistością. Granice są naprawdę niedostrzegalne, nie widzi kosmitów, różowych myszek, Napoleona. Jakiś cień nadziei, że to wszystko ułoży się. 5 tygodni.

 

Po dalszych kilkunastu minutach udaje mi się zobaczyć z ojcem. Dlaczego go tu przywiozłem… Mówi, że nie chciał się zabić, wiesz to taki myk jak w wojsku. Po co? Nie potrafi wytłumaczyć. Wyjdzie, ale brat tu trafi. Zostawiam pieniądze pielęgniarkom na drobne zakupy i jadę. Właściwie uciekam.

 

Podświadomie cieszę się, że będzie 5 tygodni spokoju, ale w nocy nie mogę zasnąć i myślę co będzie dalej. Nie ma żadnego my. Jest on i ja. Wróci do domu, przestanie brać lekarstwa i wszystko powtórzy się, a może w końcu naprawdę to zrobi.


Podziel się
oceń
14
5

WASZE OPINIE (29) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

Gem, seks, mecz

czwartek, 06 czerwca 2013 21:22

 

Kto jest gorszy Fibak, czy Latkowski, Wprost, czy Gazeta Wyborcza, TVP czy TVN? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, czy może jednak to oczywista oczywistość? Czy facet który jest milionerem, światowcem, mecenasem sztuki musi jeszcze dorabiać jako sutener? Czy w przypadku, gdyby nie miał nic na sumieniu obiecywałby współpracę Wprost do końca życia?

 

TVP zareagowało i rozwiązało umowę współpracy z byłym tenisistą, równie szybo zareagowała Gazeta Wyborcza wyruszając na krucjatę z Wprost, ale w tym przypadku można pod uwagę wziąć krzywą sprzedaży prasy.

 

Czy celebrytom z najwyższej półki można więcej? Niedawno działał ruch obrony Polańskiego, który był oskarżony o seks z nieletnią Samantha Geimer. W obronę reżysera był o dziwo Wojciech Fibak, aby nie być gołosłownym przytoczę cytat z bloga JKM:

P. Wojciech Fibak ujawnił w programie "Dzień Dobry TVN", że stara się pomóc swojemu przyjacielowi Romanowi Polańskiemu i uruchamia w tym celu przyjaciół w Hollywood oraz lobby żydowskie. Zdaniem p. Fibaka, w obecnej sytuacji słynnemu reżyserowi pomóc już mogą tylko te środowiska. Tym samym tenisista przyznał, że takie lobby istnieje, działa i jest bardzo potężne. P. Fibak zaznaczył, że 99% Hollywood to Żydzi. Wyznał, że podczas licznych spotkań, w których uczestniczył razem z p. Polańskim, był jedynym gojem w często bardzo licznym towarzystwie.”

 

Jak wyglądał proceder werbowania kandydatek dla zamożnych znajomych Fibaka opisał dziś Kominek na swoim blogu /kominek.in/ przedstawiając wywiad z kelnerką, którą Fibak zachęcił do „wypicia kawy” w Bristolu ze swoim znajomym Anglikiem.

 

Można powiedzieć przecież, że nic była gwiazda tenisa nie zrobiła, że kobiety były pełnoletnie, do niczego nie były zmuszane siłą, nikt nie złapał nikogo za rękę przy wręczaniu pieniędzy.  Jednak zostaje to nieszczęsne nagranie Wprost, które bez skrupułów wykorzystał Sylwester Latkowski

 

Pana decyzja, ale ja bym prosił, ze względów wszystkich, że ja ogólnie jednak dużo dla Polski zrobiłem, chociaż na pewno mam jakieś wady. Czy ma sens tak mnie atakować i wyciągać to tak na światło dzienne? Tylko dlatego, że chciałem dziewczynie pomóc? Czy na to zasłużyłem? (...) Czasem każdy ma swoje słabości. Ja w każdym razie mam nadzieję, że pan tego nie puści, bo to wszystko okropnie niesmaczne, to jest okropne i ja będę w jakimś sensie zniszczony, a uważam, że sobie na to nie zasłużyłem, bo dużo dobrego zrobiłem.

 

Co ja mogę zrobić, żeby pan...? Co zaproponować? Cokolwiek pan chce, jakikolwiek inny materiał, nie wiem, może się okaże, że mogę zaproponować świat tenisowy, świat artystyczny, współpracę, wszystko. Może pan przemyśli, panie Sylwestrze? Zawsze byłem gotów, a teraz będę bardziej. Mogę jakieś specjalne rzeczy robić, będzie miło, mogę mieć jakąś kolumnę, nie będę pobierać... (...) Jakieś materiały, nie wiem, wyjątkowe, jakiekolwiek pan zamówi. Mogę przeprowadzać na przykład jakieś wywiady dla was, naprawdę się wysilę, żeby jakoś z tego wyjść.

 

Ja mam uczulenie na święte krowy. Nie powinno być ludzi którym puszcza się płazem ich przewinienia i zawsze znajdzie się ktoś ze świecznika, kto powie NIEWINNY. 

Jednak na co liczą dziewczyny, które korzystały z usług swata? Przecież gdyby nie było chętnych, to proceder nie rozwijałby się i nie trwał tak długo. Wątek jest podobny, moim zdaniem, do sprawy modelek, które świadczyły za odpowiednią opłatą dodatkowe usługi milionerom, a współorganizowała "firmę" córka znanego rockmana.


Podziel się
oceń
48
16

WASZE OPINIE (42) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

ODAWALCIE SIĘ OD SKARPETEK W SANDAŁACH!!!

niedziela, 12 maja 2013 14:58

Temat wraca co roku, mniej więcej, jak moje kilogramy zrzucone z dużym trudem i związane z milionem wyrzeczeń. Nie co ja bredzę, wraca częściej, bo kilogramy dopadają mnie co 3-4 lata. A ten modowy bełkot słyszę co roku. Koniec z tym do diaska!

 

Walczyliśmy o wolność w każdym tego słowa aspekcie. Pamiętam gdy za postawione na cukier, bądź gdy miałem kasę Lotion włosy dyrektor LO parę raze wyrzucił mnie ze szkoły do domu. Nie lubił też moich fioletowych, obcisłych spodni z symbolem anarchii na lewym udzie, oraz wojskowych moro ufarbowanych na różowo. W okolicach Hali Mirowskiej, w Warszawie koniecznie smutni panowie w niebieskich mundurach chcieli mnie przed jakimś koncertem wychować i zdjąć ze mnie czarną, punkową skórę z napisem Let's go to bed. Widziałem irokezy obcinane nożyczkami przez funkcjonariuszy w Jarocinie 84-85, a teraz w wolnej Polsce równie prześladowani są faceci, którzy do sandałów zakładają skarpetki. Na szczęście niczego im nie obcinają, jak dotychczas, ani nie wsadzają do puszki, jednak irytuje mnie wyszydzanie ich, we wszystkich możliwych mediach.

 

Mniej dziwny jest facet w sukience i na szpilkach, niż gość w oskarpetkowanych sandałach. Ale co komu do tego? Ja nie rozumiem kanonów mody, nie rozumiem wymądrzania się, że tak nie powinno się chodzić. Dlaczego? A nich jeszcze jak ktoś lubi założy futro z norek do tego, to jego sprawa. Czy nie czujecie, że w ten sposób łamana jest wolność? Możemy wyrażać się jak chcemy i dopóki to nie narusza czyjegoś dobra, to wara od tego. Niech sobie nawet noszą rajstopy do tych sandałów. Może za kilkanaście lat faceci będą chodzili w spódnicach, bo w końcu dlaczego nie? Kobiety mogą w spodniach, dlaczego my jesteśmy dyskryminowani?

 

A tak zupełnie poważnie, to uważam, że czyste skarpetki do tych cholernych sandałów są lepsze niż brudne stopy, z pożółkłymi piętami, odciskami, żałobą za paznokciami. Skarpeta chroni moje delikatne powonienie jeśli jest świeża. 

 

Kupiłem jedne sandały i chodziłem w nich oczywiście bez skarpetek. Było to gdzieś we Włoszech, nogi w upale pociły mi się jak cholera, nawet po użyciu jakiegoś środka anty. Wyrzuciłem te buty po jakimś miesiącu, bo  miały okropną wyściółkę i miałem ciągle wrażenie, że jest brudna.

 

Tak na poważnie, latem wolę japonki, które techologicznie nie nadają się do skarpetek i moje spokojnie można wyszorować, bo są z jakiejś niezwykle kosztownej gumy z białym krokodylem.

 

W ubiegłym sezonie jeden z polskich topowych projektantów napisał, że to zupełnie naturalne, że do sandałów nosi się krótkie skarpetki tzw. stópki. Co ludziom do głów strzeliło, że nie wypada. Oświećcie mnie proszę. Czy niedługo zajrzymy pod spodnie, czy aby odpowiednie majtki mamy założone, bo może slipki tylko do dżinsów, a szorty do garnituru....


Podziel się
oceń
68
0

WASZE OPINIE (44) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  4 701 876