Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 934 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

A CZAS PŁYNIE

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

TOM RANDDAL

kontakt:xandar67@wp.pl

O CO CI W OGÓLE CHODZI:

Nie chcę wywoływać bluźnierczych plotek. Ale myślę że Bóg ma niezdrowe poczucie humoru i kiedy umrę spodziewam się ujrzeć jak śmieje się.

Ulubione strony

2007 NOWY JORK

DLA DESPERATÓW:

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

KŁAMSTWO, WIELKIE KŁAMSTWO, STATYSTYKA:

Odwiedziny: 4702263
Wpisy
  • liczba: 1115
  • komentarze: 19338
Bloog istnieje od: 4050 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

ODDAJ NERKĘ, CZYLI CO WIEMY O DONACJI?

poniedziałek, 30 sierpnia 2010 19:14
Czy zdecydowałeś się przekazać swoje narządy po śmierci innym? Jaki masz stosunek do transplantologii? Bardzo często w ostatnich dniach pojawiają się teksty wzywające do wypełnienia deklaracji oddania po śmierci swoich narządów. Jaki jest wasz stosunek do tego problemu?

Mój jest co najmniej dziwny, brakuje mi zapału do wypełnienia oświadczenia, chociaż wielokrotnie zastanwiałem się nad tym. Zdaję sobie sprawę, że przez brak organów do przeszczepów w wielu regionach Polski transplantologia zamiera. A może diagnoza mojego problemu jest znacznie prostsza, trochę trącąca spiskową teorią dziejów i Ciemnogrodem - może za moim irracjonalnym działaniem /zaniechaniem/ stoi strach.

Liczby przecież powinny przemawiajć do wyobraźni - w samej klinice UJ przeszczepiono pomyślnie serce 482 osobom, a dokonywany jest ten zbieg od 1988 roku. Gdybym po śmierci mógł uratować czyjeś życie swoimi częściami zamiennymi, pewnie bez wątpienia bym to uczynił, tylko kiedy i kto powinien na to wyrazić zgodę?

W roku 2004 dokonano w Polsce łącznie 1348, a w roku 2005 - 1359 przeszczepów,  w 2007 roku do 23 października/takie udało mi się znaleźć dane/ zaledwie 717. Najgorzej jest z transplantacją serc (wcześniej robiono ok. 100 zabiegów rocznie, w tym roku do tej pory tylko 50) i nerek (dawniej powyżej 1000, teraz 520).  Lista osób oczekujących zawierał około 2 tys. nazwisk. 

Dlaczego ja mam wątpliwości? Bo ciągle trwają dyskusje, kiedy człowiek umiera. Organy można pobrać od osoby, której zamarł pień mózgu. Pojawiają się jednak opinie, że człowiek jednak żyje nadal, że żyje do momentu ustania akcji serca, a zmiana prawa to wyjście na przeciw transplantologii... Bliscy boją się podpisać decyzję o oddaniu organów bliskiej osoby, bo podpis ten jest zabraniem ostatniej nadziei, szansy na cud, a przecież nikt nie chce pogodzić się z utratą bliskiej, kochanej osoby.

Być może sporaa część z was spotkała w swym życiu opisy cudownie zorganizowanych akcji ratunkowych podczas wypadków samochodowych, z udziałem helikopterów, ponieważ potrzebne były jakieś narządy. Ja pamiętam opowieść mojej profesorki, o tym, że w wiele lat temu na wsi, gdzie mieszkała helikopter ganiał jakiegoś jej sąsiada, który wyraził kilka lat wcześniej zgodę na pobranie narządów - wierutna bzdura, ale wykształcona dorosła kobieta wierzyła w to bezwzględnie.

Przed kilkoma dniami organizowałem dużą imprezę dla lokalnej społęczności, była nagłośniona  możliwość oddania krwii, podstawiłem w miejsce pikniku komfortowy autokar, w którym można było oddać krew. Jednak przy nim kolejki nie było w przeciwieństwie do darmowych kiełbasek, dmuchanych zabawek i dziesiątek innych atrakcji.

Nie mam pewności czy wśród oczekujących na organy są równi i równiejsi? Dlaczego niektórzy czekają kilka lat na przeszczep, a w medialnych sprawach, tak jak chłopca, który zjadł muchomora sromotnikowego, wątoba znalazła się w ciągu kilku dni.

Czy istnieją odpowiednie procedury, czy nie odłączy mnie ktoś od urządzenia podtrzymującego moje życie, bo moje serce będzie potrzebne dla przyjaciela królika, a ja na swoją zgubę w portfelu miałem wypełnione wiadome oświadczenie.


Podziel się
oceń
0
0

WASZE OPINIE (15) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

WC DEBATA

sobota, 28 sierpnia 2010 9:36

Gdy w 1992 roku Wojciech Mann zaprosił do współpracy Wojciecha Cejrowskiego w swoim programie Non Stop Kolor, być może nie przypuszaczał jaką barwną postać zesłał mu los. Kariera wówczas 28 letniego Cejrowskiego nabrała rozpędu i wkrótce otrzymał swoją życiową szansę, jako gospodarz WC Kwadransa.

Program ten przysporzył mu wielu przeciwników, gdyż Cejrowski propagował w nim, mówiąc eufemistycznie bardzo konserwatywne poglądy na życie społeczne.

Nie byłem jego sympatykiem wówczas, później zmieniło się to, gdyż nabrałem dystansu do głoszonych poglądów przez WC, ale to głównie dzięki podróżniczym programom i książką, napisanym przez niego. Nawet ze dwa lata temu miałem niewątpliwą przyjemność porozmawiać chwilę na targach książki z Panem Wojciechem. Lubię też w sobotnie przedpołudnia, jadąc samochodem słuchać jego trójkowego Audycji podzwrotnikowej.

Jednak Cejrowski to przedstawiciel fudamentalistycznego katolicyzmu, co widać było podczas tzw. obrony krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Udzielił on wywiadu Krzysztofowi Skowrońskiemu w intenetowym radiu Wnet, a snuł między innymi takie fantasmagorie:

- Jest grupa osób niegłupich... Nie jestem głupią osobą, a uważam w sercu, że to Ruscy strącili ten samolot, natomiast Tuski próbują to kamuflować - tak uważam i dopóki nikt mnie nie przekona, jestem podenerwowany tym faktem, bo Katyń też kamuflowano, również rękami Polaków. Ruscy kamuflowali rękami Polaków przez dziesiątki lat.
I krzyże katyńskie sprzątali z cmentarzy. Ja mam poczucie, że drugi raz dzieje się to samo.

Dalej już poszło z górki - w programie Warto rozmawiać, u Pospieszalskiego wrzucił do jednego  worka przeciwników krzyża z osobnikiem, który na znicz załatwił swoją potrzebę fizjologiczną, na szczęście jeden z uczestników debaty zwrócił mu uwagę, która dotyczyła też nieprzyzwoitego i nastawionego na szkowanie słownictwa, którego użył do opisania tej czynności...

Otóż na Panie Cejrowski - znam wiele osób, które mówią, że są przeciwko krzyżowi przed Pałacem prezydenckim, co tam ja, przecież wielu hierarchów Kościoła opowiedziało się przeciwko, więc sprowadzanie tego do wspólnego mianownika jest niesmaczne i poniżej jakiejkolwiek krytyki.

Staram się rozumieć epatowania przez Pana jego wiarą, koszulki z Matką Boską - pewnie mnie jest łatwiej to znieść, niż Panu, gdyby ktoś nosił koszulkę z napisem ... powiedzmy nie wierzę w Matkę Boską. Jest Pan popularną osobą, która z tej popularności żyje i rozumiem, że odniesienie ewentualnych ran w tak zacnej walce jest dla Pana nieocenione. Szkoda, że poraz kolejny w debacie zabrakło rozmowy.


Podziel się
oceń
0
0

WASZE OPINIE (9) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

BRATANKI DWA

czwartek, 26 sierpnia 2010 14:57
O Węgry, gdzie zmieszano cały świat papryki i pieprzu, gdzie pyszny smak jest zrozumiałym dla wszystkich językiem! O kraju jak krew z winem, serdecznością stoisz dla wszystkich otworem - pisał Miguel Angel Asturias...

Mnie uczuciem do kraju Bratanków zaraził swoją książką Tadeusz Olszański  - Nobel dla papryki, książka pełna smakowitych klimatów, łatwych w obecnych czasach do odtworzenia w kraju nad Wisłą, zawiera jednak tyle uroku, że kilka lat temu wytyczyła stały azymut w moich wakacyjnych podróżach. Tym razem dotarliśmy do królewstwa wina - Tokaju.


Podróż na Węgry rozpoczęliśmy z krakowskiego Kazimierza, następnego dnia po zakończeniu genialnego Coke Live Music Festival - odległość niby nie duża 350 km, ale w rzeczywistości okazało się to 7 godzinami za kółkiem. Szczególnie uciążliwy był przejazd przez polskie góry, drogi kręte, trochę objazdów i wahadłowego ruchu. Niesamowite wrażenie zrobiło na nas przejście graniczne w okolicach Piwnicznej, gdzie droga z ruchem w dwie strony jest szerokości jednego auta, a co kilkaset metrów są zatoczki dla samochodów jadących w stronę przeciwną.

Prędkości dość ograniczone, bo Słowacja 50km/h w obszarze zabudowanym, a Węgry 40km/h, na szczęście poza zabudowanym dozwolona prędkość 90km/h, która bardzo rzadko jest ograniczana. Omijaliśmy autostrady, bo mialiśmy nimi jechać jedynie 20 km, więc nie warto kupować wnietkę, czy matricę.

W Tokaju za pośrednictwem internetu zarezerwowaliśmy noclegi, ale okazało się, że nasze Penzio jest na samym początku miasta, które ma ładne kilka kilometrówm, więc ten hotel odpuściliśmy. Bez trudu zanleźliśmy olbrzymi apartament z dwoma sypialniami, z parkingiem - chociaż samochód, tak naprawdę można zostawić wszędzie, gdyż nie było zakazów.

Jedynym problem był język, właściciele - winnicy, sklepu z winem i pamiątkami, knajpy i hotelu nie mówili w żadnym innym języku niż węgierski. No Pan Gospodarz trochę po niemiecku, na szczęście drugiego dnia pojawiły się ich dzieci mówiące po angielsku.

Dziwna sprawa dostaliśmy klucze, a nie wzięto od nas dokumentów, a jak zapytaliśmy o pieniądze, to powiedzieli, że jak będziemy wyjeżdżać, to zapłacimy. Ręce bolały od tego gadania, ale wygestykulowaliśmy do ceny 62 euro za aparatment za darmo śniadanie, które w internecie koszotowało 6 euro za osobę, bo ten pensjonat też braliśmy pod uwagę.

Samo miasto urokliwe niezwykle, pełne sklepów z winami, pomników - położone jest nad dwoma rzekami, które jednak nie wyglądają zachęcająco ze względu na swój błotnisty kolor. Dużo jest również pensjonatów i hoteli, za to znaleźliśmy jedynie dwa sklepy spożywcze. Jednak to co najważniejsze to winnice i wino, a tego jest w Tokaju w ilościach niewyobrażalnych.

Wszystkie południowe zbocza gór pokryte są misternymi plątaninami winnic, które mają od kiluset metrów do kilkudziesięciu hektarów. Wyglądają magicznie. Rozsiane są wśród nich domy i szałasy. 



Przy wszyskich głównych drogach, w mniej więcej co 5 domu są napisy Bor Pince - Winna piwnica, stoją przy drogach olbrzymie beczki z ustawionymi na nich antałkami. Kilka takich miejsc spenetrowaliśmy i ludzie są niezwykle mili, częstują winem i to nie w symbolicznych wcale ilościach. Ceny wina są przeróżne - zależą od rodzaju szczepu, rocznika. Generalnie czym słodsze wino tym droższe. Można znaleźć takie po 1200 forintów/ja dzieliłem cenę przez 65, wtedy otrzymywałem cenę w złotówkach.../ ale większa część win to ceny 2000-4000forintów. Nie dotyczy to win nalewanych z beczek - takie kosztują około 1000 forintów za litr, a można znaleźć Aszu pięcioputnowy za 5000 forintów, gdy w sklepie kosztuje nawet kilkanaście tysięcy. Były oczywiście egzemplarze po 100-200 euro za 0,5 l butelkę.

Ale kilka lat temu był rok, że uzyskano w jednej z większych winnic 18 litrów tego trunku. 

Cóż bazując na ubiegłorocznych zakupach wina, doszliśmy do wniosku, że może warto wybrać się do Miszkolca i odwiedzić, jakiś duży sklep, aby sprawdzić zasadność miejscowych cen. Strzał był w dziesiatkę, gdyż okazało się, że na części win lokalni dystrubutorzy mieli marżę nawet 200% w porównaniu z cenami w hipermarkecie - mówię oczywiscie o takich samych Tokajach, gdyż porównywaliśmy etykiety. Paru win nie udało się odnaleźć, więc kupiliśmy je na miejscu w Tokaju.

Wina w dwulitrowych plastikowych butelkach kosztowały około 1500 F, a 3.5 litrowe 2000F. Nasz zaprzyjaźniony winiarz, twierdził jednak, że nie poleca przechowywać zbyt długo - czyli ponad 2 tygodnie wina nalewanego do plastiku. Przelanie w domu do mniejszych butelek tylko nieznacznie przedłuża żywotność wina. Wino w takich opakowaniach należy przechowywać w 12C.



Mieliśmy też śmieszną przygodę - pierwszego dnia kupiliśmy, drogie słodkie wino, które okazało się pyszne. Znaleźliśmy na etykiecie adres producenta, wrzuciliśmy go do nawigacji i okazało się, że to jedynie 16 km. Następnego dni dotarliśmy na miejsce - niestety winiarnia okazała się sporą fabryką, gdzie nikt nie mówił w żadnym ze znanych nam języków i nawet pokazując pustą butelkę - nie udało nam się zrobić interesu życia.

Odwiedziliśmy też sporo knajpek, gdzie jedliśmy gulasze, bogracze, tokanie i paprykarze, z galuszkami i pyszną sałatką z białej kapusty.



Pogoda nie rozpieszczała nas, bo było bardzo ciepło, więc na zwiedzanie nie mieliśmy specjalnej chęci. Na Węgrzech należy też uważać na ograniczenia prędkości, bo Policja jest bezwzględna przy przekroczeniu, nawet o kilka km/h i jest jej dość dużo.



Ludzie jednak są bardzo sympatyczni, wino i jedzenie pyszne, a widoki zacne. Jak dla mnie tylko trochę za pusto i za cicho oraz zbyt drogie wino w restauracjach do obiadu, które same w sobie są dość tanie - dla trzech osób 50-80zł za wszystkich.

Wina kilka llitrów zmieściło się nam do bagażnika:


Zapasy kiełbas niestety nie wystarczą na tak długo, jak wina...


Na koniec Słowacy zafundowali nam małą szkołę przetrwania, objazd budowy nowej drogi był fatalnie oznaczony, po 30 minutach krążenia po górach, udaliśmy się polną drogą za lokalnym busem, przez łąki, które zaprowadziły nas nad taki oto cudo... przejazd tą kładką dostarczył nam niezapomnianych wzruszeń. Miała szerokość samochodu, brak barierek i zawieszona około 4 metry nad lustrem wody... a my narzekamy na naszych drogowców.



Warto jechać na Węgry jest to naprawdę blisko, szkoda, że droga powrotna 560 km trwała 12 godzin ze względu na w/w utrudnienie i roboty drogowe, ale coż trzeba pocierpieć trochę, żeby w zimowe wieczory spędzić wesoło czas.

Pamietajcie, że Węgry to niezwykła wprost kultura gotowania - świadczą choćby o tym czary, jakich dokonują węgierscy kucharze z cebulą dodawaną do dań głównych. Co można zrobić z cebula? Otóż do drobiu, ryb i cielęciny cebulę trze się na tarce na drobno i lekko szkli. Do wieprzowiny cebulę się sieka grubiej, a do wołowiny bardzo grub. W trakcie gotowania dokłada się cebulę pokrojoną w ćwiartki, a do leczo w grube krążki. Przy daniach z drobiu, ryb i cielęciny cebula tylko zeszklona, do paprykarzy - złota, a do porkolotu brązowa ...czary. Prawda? Warto zwiedzać, próbować, czytać, pytać się i potem samemu gotować.


Podziel się
oceń
0
0

WASZE OPINIE (8) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

KOCHAŁAM LEPPERA

piątek, 20 sierpnia 2010 7:11
W mediach renesans sierot po Lepperze. Co ciekawe pojawiają się w nowej branży - w rozrywce. Wszyscy widzeiliśmy, że udział Andrzeja Leppera i jego ekipy w polskiej polityce to kabaret. Być może niedługo w ich ślady pójdą gwiazdy polityki z PO i PiS.
Wyobrażacie sobie Donalda Tuska w Tańcu z Gwiazdami, wywiającego cha-chę, lub Jarosława Kaczyńskiego trzymającego ramę w tangu argentyńskim? Jeszcze nie? No dobrze pocieszmy się, że elita Samoobrony znalazła inne zajęcia, niż zbawianie Polski.

Renata Beger weźmie udział w nowej produkcji jednej z komercyjnych stacji telewizyjnej - Gotowe na botox. Pani Renata za około 50 tys. gaży ma udostępnić swe ciało do  przeprowadzenia szeregu zabiegów estetycznych, po których będzie wyglądała, jak Wensus z Milo lub przynajmniej Angelina Jolie.

Kolejna z gwiazd z talii Andrzeja Leppera, która już przeszł metamorfozę z brzydkiego kaczątka w powabną łabędzicę, to była minister pracy i spraw socjalnych Anna Kalata, która zatańczy w gwiezdnym telewizyjnym programie. Była pani minister, chce pokazać, że oprócz niewątpliwych walorów estetycznych posiada szereg różnych innych atutów.

Natomiast była miss Samoobrony - Angelina Kwiatek/tu będzie bardziej skomplikowana droga do bycia celebrytką/ założyła rodzinę wraz Adamem Konkolem, który jest również ojcem dziecka Pauli Ignasiak/które z nich jest gwiazdą, może Pan Prezes, sorry Pan Premier wie.

Niestety nie udało mi się znaleźć niczego o Chojarskiej Danusi...

A prezes? Wieść gminna niesie, że nie jest już miłośnikiem brązowego odcienia skóry, nadal gustuje w drogich butach, granatowych markowych garniturach i dobrze dobranych koszulach. Właśnie nasunęła mi się konkluzja, że to jedyny sukces Kaczyńskiego, odsunięcie od władzy Leppera i Giertycha, czego pokłosiem są kariery w/w pań.

Podziel się
oceń
0
0

WASZE OPINIE (74) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

MUZYKA ŁAGODZI OBYCZAJE

czwartek, 19 sierpnia 2010 8:46

Polska stała się potentatem jeśli chodzi o organizację dużych imprez muzycznych - ja skupię się na imprezach z pogranicza rocka - omijając muzykę poważną i jazz oraz imprezy wypełnione muzyką pop.


Od kilku lat wyjazdy wakacyjne uniemożliwiają mi wybranie się na Open'er Festival, a w tym roku z chęcią posłuchałbym: Archive, Empire of The Sun, Grace Jones, Kasabian, Klaxons, L.U.C., Lao Che, Massive Attack, Pearl Jam, Skunk Anansie.


W odbudowywanym od lat Jarocinie można było zobaczyć Gossip, Hey, Pidżamę Porno, Dezertera, Comę i Buldoga - wymieniam zespoły według własnego, bardzo subiektywnego klucza, bo tylko te, które sam chciałbym zobaczyć. Jednak Jarocin to dla mnie jedynie wspomnienia z lat 84-87, gdzie można było poczuć jedyny powiew wolności.


To zupełnie niezrozumiałe zarówno dla tych starszych, którzy obok takich zjawisk przeszli obok, jak dla współczesnej młodzieży, która dławi się wolnością.

Ja pamiętam drobiazgowe kontrole przeprowadzane przez Milicję i sokistów już na dworcu Warszawa Centralna, zabierane pasy z ćwiekami, skórzane kurtki, wyciągane z uszu kolczyki, czerwone oporniki z klap kurtek/ to takie elektroniczne cosie, które symbolizowały opór wobec czerwonych/.


Pole namiotowe oddalone kilka kilometrów od cywilizacji, gdzie za toaletę robiła rura z wywierconymi otworami, a ciepła woda była jedynie o drugiej w nocy. Jedliśmy konserwy przywożone w plecakach, jakieś obrzydliwe kiełbasy sprzedawane w budkach na polu namiotowym. Brakowało chleba w mieście, a jedyną knajpą był hotel Jarota, w którym nie pamiętam już w jakich okolicznościach jednego roku trochę balowaliśmy z paroma zespołami.


Ludzie bali się jedni drugich, punki nienawidziły metali i na odwrót, bójki o nic były na porządku dziennym, teraz rzadko ktoś o tym mówi, ale łatwo było dostać łomot od wyznawców innej muzyki. Można było stracić skórzaną kurtkę, koszulkę i pieniądze.

Faktycznie wprowadzona prohibicja pozwoliła na dotrwanie do końca festiwalu wszystkich uczestników, bo gdyby alkohol był ogólnodostępny, to pewnie wyglądało by to różnie. Z narkotyków najpopularniejsze były te najgorsze - polska heroina z maku i butapren z plastikowymi torebkami. Ale nie było zbyt dużo osób pod wpływem...


Festiwal, to był oczywiście również beztroski i bezpruderyjny seks, pewnie po latach wiele urodziło się festiwalowych dzieci, ciekawe, czy wszystkie miały możliwość poznać swoich ojców. Ja sam chyba dwukrotnie, trzykrotnie doznałem jakichś festiwalowych olśnień, ale nawet nie pamiętam, jak miały na imię ówczesne moje wybranki serca.


Zastanawiam się, jak było z kradzieżami na polu namiotowym, kojarzę przypadki zniknięcia kilku namiotów, mojemu kumplowi zginęła panterka - kurtka z powstania warszawskiego, ginęło też jedzenie z namiotów i sprzęt grający.

Pamiętam, że ludzie byli przyjaźni ale jedynie wewnątrz danej subkultury, może precyzyjniej faceci, bo z dziewczynami można było dogadać się zawsze.

Pamiętam, jak jednego roku mieliśmy za dużo konserw i rozdawaliśmy je głodnym punkom, pamiętam, jak mój przyjaciel był w jurry miss pola namiotowego, parę zadym pod dużą sceną, kilka ucieczek przed Milicją, jedno spisanie, które skończyło się po pewnym czasie przesłuchaniem przez bezpiekę.


Ale czuliśmy, że może coś się zmienić w tym zapyziałym świecie, że wolność to nie tylko teksty piosenek, ale że może coś takiego się nam przydarzyć. Ale w tak zwanym międzyczasie bliżej było do wezwania przez dyr. LO, który pokazał mi moje zdjęcie w Świecie Młodych i zapytał, czy muszę tak kompromitować szkołę...Takie czasy.


Teraz z własną córką i jej przyjaciółką, żoną jedziemy słuchać i oglądać Muse, Panic At The Disco, 30 Seconds to Mars, The Big Pink i będzie miło. Takie czasy.


Coś się kończy, coś się zaczyna.


Podziel się
oceń
0
0

WASZE OPINIE (6) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  4 702 263