Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 798 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

A CZAS PŁYNIE

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

TOM RANDDAL

kontakt:xandar67@wp.pl

O CO CI W OGÓLE CHODZI:

Nie chcę wywoływać bluźnierczych plotek. Ale myślę że Bóg ma niezdrowe poczucie humoru i kiedy umrę spodziewam się ujrzeć jak śmieje się.

Ulubione strony

2007 NOWY JORK

DLA DESPERATÓW:

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

KŁAMSTWO, WIELKIE KŁAMSTWO, STATYSTYKA:

Wpisy
  • liczba: 1115
  • komentarze: 19337
Bloog istnieje od: 4048 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl

Ojciec i syn

czwartek, 25 lipca 2013 8:57

Długo wahałem się nad tym tekstem, bo pewnie jest zbyt osobisty, ale może kilka osób będzie miało odpowiedź dlaczego nie jestem od kilku dni zbyt towarzyski. Z drugiej strony nie chciałbym, żeby ktoś myślał, że tworzę jakieś alibi.

 

3 tygodnie temu

 

Telefon od ojca, kilka godzin przed wyjazdem na urlop, siedzę w biurze, kilka naprawdę ważnych spraw do załatwienia, odbiór prac remontowych i inwestycyjnych.

 

Zawsze jak wyświetla mi się numer zastrzeżony, mam ciarki, że to coś związanego z nim, że coś jest źle. Wieszam się, to koniec. Odłożona słuchawka.

 

Nie wiedział, że wyjeżdżam. Utrzymujemy kontakty na tyle, na ile jestem w stanie. Jakieś zakupy jedzenia z długim terminem ważności, konserwy, makarony, kawa, herbata, papierosy, środki czystości, czasem jakieś drobne rachunki opłacałem gdy zapomniał. Ale to zdarzało się rzadko. Nigdy nie łączyło nas nic specjalnego, był zawsze antytezą ojca. Przez całe życie obiecywałem sobie, że będę inny niż on. Na tym etapie tak jest. Nie wierzę w syndrom dziecka alkoholików, to tylko wytłumaczenie dla mięczaków, każdy jest kowalem swojego losu. Bez żadnej pomocy rodziców osiągnąłem sporo, ale jednak czasami w nocy sumienie odzywa się i wyciąga jakieś przebłyski chwil, gdy był normalny bez wódki i kolegów. Bieda potrafi hartować, a ból uczy pamiętać. Oczywiście, że lał mnie pasem, sznurem od prodiża za byle co, ale takie były czasy, kiedyś urosłem i powiedziałem dość. Żyłem dużo poza domem i szybko z niego uciekłem, aby stworzyć prawdziwą rodzinę.

 

Oddzwaniam. Upiorna melodyjka i poczta. Pięć razy to samo. Wsiadam w samochód. Odległość 60 km. Znajduję w necie telefon do Policji w W. – mówię co się być może dzieje. Po chwili oddzwaniają. Ja oczywiście myślę, że zrobił to. Jakiś głos w słuchawce mówi, że są pod domem, wezwali straż pożarną i karetkę ale do mieszkania nie mogą dostać się. Co mają robić… Oni mnie pytają, będę za 10 minut. Kolejny telefon, dzwoni komendant Policji z prośbą o numer telefonu ojca. Jadę zdecydowanie za szybko. W głowie mętlik i parada głupot, czy jeśli zabił się to pojadę na urlop, czy Angel pojedzie sam, czy Młoda za mnie, a ja za tydzień za Młodą. Może to świadczy o mojej bezduszności, a może doskonale opisuje łączące nas stosunki.

 

Gdy dojechałem zostawiłem samochód 200 metrów od domu, bo rozkopana ulica, totalna demolka wymiana nawierzchni ulicy i chodników, za kilka miesięcy będzie naprawdę ładnie, wszędzie kostka granitowa, nowe chodniki, odnowiony dom w którym spędziłem kilkanaście lat.

 

 Dwóch Policjantów stoi przed drzwiami, otwieram drzwi, ale jest łańcuch. Strażacy są gdzieś dalej, walnąłem kilka razy w drzwi i zerwałem łańcuch. Proszę mundurowych, żeby weszli, bo ja boję się.

 

Ciemno, bałagan w kuchni, otwierają drzwi do pokoju. Ojciec leży na łóżku. Śpi.

Potem biurokratyczna część spektaklu i szereg dobrych rad. Karetka nie zabiera go do szpitala, chociaż jest w marnym stanie. Alkoholik, cukrzyk, problemy z chodzeniem, rany na nogach, nowotwór zjadł pół twarzy. Oprócz insuliny odmawia wszelkiego leczenia. Rozmawiamy. Później wyjeżdżam. Właściwie najpierw jadę do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, rozmawiam na temat leczenia, ubezwłasnowolnienia. Ale to wszystko jest beznadziejnie niemożliwe, nic nie można zrobić. Wszystko zależy od niego. Mają go kontrolować, ale przecież wiem, jak to skończy się.

 

5 dni temu

Wracam z urlopu. Telefon – wiesz twój ojciec był w ciągu ostatniego tygodnia w szpitalu psychiatrycznym, ale od wczoraj chodzi po mieście i nie chce wejść do domu. Mieszka w jednym budynku z bratem, który od kilku miesięcy jest dla niego wcielonym złem. Ukradł mu setki tysięcy, zamordował kilka osób, zdemolował mu mieszkanie. W spodniach znalazł chipy, brat i sąsiadka go śledzą przez satelitę. Wszyscy podsłuchują.

 

Wsiadam w samochód i po godzinie z kuzynem znajduję ojca stojącego pod czyimś oknem, zaprowadzam go w stronę domu. Po chwili prosi o papierosy. Robię mu zakupy, pod sklepem pojawiają się jeszcze dwie osoby z rodziny. Przechodzimy te parę metrów do domu – on twierdzi, że brat wymienił zamek w jego mieszkaniu, ukradł mu kilka rzeczy, złoty sygnet i nasze zdjęcia. Otwieram drzwi kluczem, który dostałem 20 lat temu od matki. Innego zamka nie ma. Trudno wejść do domu, wszystko porozwalane. Sterta ziemi z kwiatków sięga do połowy łydki, jakieś papiery. Koszmar. Brat prowadzi go do pokoju, kuzynka zaczyna sprzątać. Pojechałem po worki na śmieci środki czystości. 200 metrów do kontenera na śmieci wynoszę kilkanaście worków.

 

Zaczyna być agresywny. Wszystkie rzeczy które mówił, że zginęły leżą na swoich miejscach. Próbuję umyć garnki, ale trzeba je wyrzucić. Ciągle mówi o pieniądzach. Jadę na pogotowie, każą wezwać karetkę. Po godzinie  podjeżdża karetka. Mam złudzenie, że jakoś to się skończy, że otrzyma pomoc medyczną, że wróci do normalności.

 

Badają mu cukier i ciśnienie. Dają coś na uspokojenie, ale do szpitala nie zabiorą. Odmawia. W Polsce nie ma przymusowego leczenia, w ich opinii nie zagraża nikomu, sobie również. Nie brał od powrotu ze szpitala insuliny. Cukier 300. Insuliny nie ma w domu, zabrał ją brat… Proponują, że zawiozą go do normalnego szpitala. On odmawia. Rozmawia z nimi prawie normalnie, tylko przy pieniądzach się rozpędza. Po chwili mówi, że to brat zabił moją matkę i sąsiada.

 

Karetka odjeżdża.

Dopiero po paru minutach odpowiada na pytania, bo przecież oni stoją pod drzwiami i podsłuchują. Pali papierosa strzepuje popiół na dywan. Jeszcze chwilę, ale co z tymi 50 tys. które przed chwilą przyniosła mu Hanka. Nie wiem, kto to Hanka, żadnych pieniędzy oczywiście nie było. Krzyczy, że jestem taki sam jak oni, że nie chcę pomóc.

 Jedziemy do znajomego lekarza po receptę na insulinę. Dwie ulice dalej, ale trwa to ze 30 minut, bo najpierw trzeba dojść ruinami chodnika na parking. Lekarz nie wpuszcza nas do domu. Są kolegami, ale może nie było go. Ojciec słyszy przez ściany, że córka mówi żeby go pan doktor wpuścił. Nic nie słyszę. Jedziemy do przychodni. Po długiej zawiłej rozmowie dostaje pełnopłatną receptę. Jedna apteka jeszcze czynna.

 

Podjeżdżamy. On mówi, że sąsiadka już tu zadzwoniła i nic nie kupię. Wchodzę, okazuje się, że jest insulina, ale inaczej się nazywa. Nie sprzedadzą mi. Muszę poprawić receptę. Wracamy do przychodni. Mówi, że zostanie w samochodzie. Wchodzę po 3 minutach do lekarki, ale ta odmawia zmiany recepty. Mogę jechać do Góry Kalwarii, Grójca albo nawet do Warszawy ją wykupić. Zgrzytam zębami, wychodzę. Jestem u kresu wytrzymałości, to wszystko trwa już 8 godzin. W samochodzie nie ma ojca. Obchodzę dookoła budynek przychodni, objeżdżam 10 razy miasto. Kamień w wodę. Jadę do domu. Wcześniej dzwonię do jego brata i pytam, czy nie przyszedł do niego. W trakcie rozmowy zauważam, że sygnet ojca leży na siedzeniu pasażera. Kawałek złotej blaszki, której wartość w jego mniemaniu urosła do jakichś niebotycznych rozmiarów.

 

 

Następnego dnia, jestem w pracy, pierwszy dzień po urlopie. Dzwoni o 8 rano kuzyn ojca. Ojciec jest w szpitalu psychiatrycznym w Radomiu, próbował powiesić się na klamce drzwi w piwnicach jakiegoś bloku.

 

Dzwonię do szpitala. Tak jest, ale nic nie powiedzą, muszę jechać. Jadę 130 km. Znajduję oddział na którym jest, wszystko pozamykane. Drzwi bez napisów. Jedyny napis na pierwszym piętrze – ordynator. Pukam, próbuję otworzyć, ale zamknięte. Schodzę, słyszę że drzwi otwierają się, wychodzi lekarz – mówi, że muszę dzwonić do drzwi na dole. Znajduję dzwonek pod 10 warstwami farby. Dzwonię raz, drugi, dziesiąty. Drzwi zaklejone folią, ale przez zerwany kawałek widzę chodzących za nimi ludzi.

 

Przechodzi korytarzem jakiś robotnik, pytam się czy dzwoniąc dostanę się do środka. Tak, ale to może potrwać. Po 10 minutach otwierają się drzwi i wychodzi pielęgniarz. Mogę wejść, ale właśnie jest obchód, wszystkiego dowiem się od lekarzy za chwilę, mam kogoś zaczepić.

 

Wcześniej dociera do mnie, jacy grzeczni ludzie są dookoła. Idąc w garniturze od parkingu do recepcji i potem na oddział każdy mówił mi dzień dobry i kłaniał się. Wychodzą lekarze. Chyba około 10 osób i … znikają w pokojach. Udaje mi się złapać jedną osobę w białym fartuchu, ale mówi, że informacji udzieliłby mi ordynator, ale nie dziś, bo ma dzień biurowy. Może coś powie lekarka, która przyjmuje tuż obok. Taką odpowiedź uzyskałem, gdy wytłumaczyłem, że kazano mi przyjechać i że to jednak dobrze ponad 100 km od mojego domu.

 

Po 15 minutach wychodzi pacjent, pielęgniarka której pytam się, czy mogę wejść. Nie. Bo pani doktor jest zajęta. A pan to do kogo. Przedstawiam się nazwiskiem. Lekarka otwiera drzwi, pan Piotr? Dzwoniłam kilka dni temu do pana. Wreszcie ktoś sympatyczny. Trzydziestoletnia dziewczyna słucha co mam do powiedzenia. Po chwili widzę, że układa się wszystko w spójną całość.

 

Udało się ustalić co jest urojeniami ojca, a co rzeczywistością. Granice są naprawdę niedostrzegalne, nie widzi kosmitów, różowych myszek, Napoleona. Jakiś cień nadziei, że to wszystko ułoży się. 5 tygodni.

 

Po dalszych kilkunastu minutach udaje mi się zobaczyć z ojcem. Dlaczego go tu przywiozłem… Mówi, że nie chciał się zabić, wiesz to taki myk jak w wojsku. Po co? Nie potrafi wytłumaczyć. Wyjdzie, ale brat tu trafi. Zostawiam pieniądze pielęgniarkom na drobne zakupy i jadę. Właściwie uciekam.

 

Podświadomie cieszę się, że będzie 5 tygodni spokoju, ale w nocy nie mogę zasnąć i myślę co będzie dalej. Nie ma żadnego my. Jest on i ja. Wróci do domu, przestanie brać lekarstwa i wszystko powtórzy się, a może w końcu naprawdę to zrobi.


Podziel się
oceń
14
5

WASZE OPINIE (29) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

07 nie zgłasza się

środa, 03 lipca 2013 16:56

Wszystko zaczęło się od Kazika Staszewskiego. Bo zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy. Właściwie nie, było gorąco i padało. Koszule na sznurze szły, właściwie nie schły. Gdy kolejnego ranka zadałem seksistowskie pytanie: kochanie, czy jakaś moja bielizna, albo skarpetki to gdzieś są?

 

Odpowiedź była dość zawiła i sprowadzała się do nienajlepszych warunków atmosferycznych.

 

Wyskoczyłem więc do jednego z fajniejszych sklepów w Centrum, aby uzupełnić szafę. Zaparkowałem na ulicy Widok, na mega szerokim chodniku, odzielonym murkiem od drugiego wielkiego chodnika. Sprawdziłem czy zostało 1.5 metra dla pieszych, wsadziłem bilet z parkomatu i poszedłem po majtki do Epika. No nie do końca po drodze, ale miałem zaptrzebowanie na Kronosa, Kapuścińskiego i Dehnala. Kupiłem garść gazet i udałem się do sklepu z bielizną. Kupiłem na początek olbrzymią misę tunzezyjską z przepięknym wzorkiem. Potem dołożyłem do niej spodenki z flagą i kolorami Brazylii, parę innych wśró których najbardziej podobały mi się takie z napisem mustang na pasku. No wreszcie TO ma jakąś nazwę. Wychodzę ze sklepu z pewną obawą, czy opłaciłem parkomat na tyle co trzeba. A zza rogu na moim prawym tylnym kole skrzy się wesoło żóła konstrukcja blokująca koło.

 

Patrzę, że czas jest OK, więc jednak gdzieś ze 100 metrów wcześniej stoi zakaz zatrzymywania i postoju. Na drzwiach była naklejka z nr tel. Pierwszy raz inna, nie było na niej żadnej rozebranej laski.

 

Dzwonię pod wskazany telefon - automat 10 minut, 15, 20, 25, 35. Ciągle to samo. Ale swoim sokolim okiem zauważyłem, że kilometr dalej, pod Pałacem Kultury stoi dwa samochody Straży Miejskiej. Pobiegłem więc z telefonem przy uchu.

 

Dopadłem ich i mówię: chłopaki jak jesteście tacy sprytni, że blokujecie samochody, to chodźcie i zejmijcie kłódkę. Stało ich ze sześciu, największy spojrzał na mnie i powiedział:

- a czy my wyglądamy na takich ch. co zakładają blokady?

- no, nie.

- niech Pan dzwoni na infolinie.

- a proszę, dzownię już 37 minut - dałem mu telefon do ręki.

 

Przez radio dogadali się z centralą, chcieli ode mnie nr blokady, którego nie znałem, ale jakaś miła pani obiecała, że ktoś podjedzie, ale kiedy, to ona nie ma pojęcia.

Poszedłem do samochodu, wyjąłem gazetę i ... podjechał samochód straży miejskiej. Mówię: niech się Pan nie wygłupia, zjemy po kebabie i każdy pojedzie w swoją stronę. Pośmieli się, ale twardo 100zł i 1 pkt. karny.

 

- Żadnego pouczenia?

- Żadnego.

- Kurde odjelibyście przynajmniej te 6 zł co zapłaciłem za pakomat.

- No dobra, umówmy się, że miał Pan zapłacić 106zł, ma Pan 6zł promocji.

- A cholera by was wzięła z taką promocją. Możecie powiedziecieć dlaczego samochód z bary Zapiexy stoi na pasach? Może tam śniadanie jecie?

- Nie, ja Panu pokażę, widzi Pan taką resztkę żółtej lini. To przekreślenie tych pasów. W życiu, żaden sąd nie obroni takiego mandatu.

- Poczekajcie, to ja polecę do Castoramy i kupię taśmę żółtą i przekleję ten znak zakazu..

 

To był ciężki tydzień. Poszedłem spać 2x o 3:30, raz o 5:30, 2x 2:30 i chyba z raz o 1:00 i raz o 4 rano.

Ale to na inną opowieść, a teraz pakujemy się i w drogę.


Podziel się
oceń
8
6

WASZE OPINIE (34) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  0