Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 798 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

A CZAS PŁYNIE

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

TOM RANDDAL

kontakt:xandar67@wp.pl

O CO CI W OGÓLE CHODZI:

Nie chcę wywoływać bluźnierczych plotek. Ale myślę że Bóg ma niezdrowe poczucie humoru i kiedy umrę spodziewam się ujrzeć jak śmieje się.

Ulubione strony

2007 NOWY JORK

DLA DESPERATÓW:

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

KŁAMSTWO, WIELKIE KŁAMSTWO, STATYSTYKA:

Odwiedziny: 4701898
Wpisy
  • liczba: 1115
  • komentarze: 19337
Bloog istnieje od: 4048 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl

W nicość i Pad Thai

czwartek, 08 maja 2014 19:42

 

Ale najpierw przepis dla Szmiry:

 

Pad Thai /sorry, ale u mnie żadne zdjęcia się nie dodają dziś/

 

- makron ryżowy, wstążka dość szeroka,

 

- część mięsna: może być indyk, kurczak, wieprzowina, krewetki, ale też jedliśmy z kalmarami lub krewetkami, albo krabami. Tylko kalmary takie zwierzątka, nie pierścionki.

 

- dwa jajka,

 

- garść orzechów nerkowca, które trzeba zmiażdżyć w moździerzu,

 

- szczypiorek pokrojony drobno,

 

- szalotki 4szt. ale może być czerwona cebula lub biała sałatkowa,

 

- garść kapusty pekińskiej poszatkowanej,

 

Opcjonalnie: pokrojona w piórka papryka albo kilka pieczarek, ewentualnie cukinia.

 

- sos rybny /zamiast soli – w Makro duża butelka kosztuje z 10zł, w sklepach zwykle jest w małych i drogich, można zastosować zwykłą sól,

 

- jasny sos sojowy, jasne, że jasny – znaczy wygląda ciemno, ale nie barwi niczego, musi więc być jasny.

 

- sos słodko kwaśny np. Tao Tao, ale nie żaden Uncle,

 

- papryka chilli, pieprz,

 

- może być też liść kahiru lub wyciśnięta limonka, ale odkroić z niej parę plasterków do dekoracji,

 

- garść kiełków sojowych.

 

Można mięso zamarynować, ale nie koniecznie. Żeby było jasne, ja musiałem spróbować tych Pad thaiów ze 20, żeby dość do swojego smaku i konsystencji. Wszystkie przepisy internetowe są do bani, jedyny w miarę dobry jest na opakowaniu makaronu.

 

Mięso kroimy drobno, polewamy sosem rybnym i sojowym, a następnie wrzucamy na rozgrzany olej, przesmażamy i tu odstępstwo od Bangkoku, bo tam pani na ulicy od razu wbijała jajka. My nie wbijamy teraz.

Gdy mięso jest przesmażone, dodajemy sos słodko-kwaśny, sok z limonki ale UWAGA nie zbyt dużo. Tajski Pad Thai jest właściwie suchy, ja dążę do tej konsystencji.  Następnie posiekane szalotki i inne warzywa, czyli paprykę, czy cukinię. Po kilku chwilach dodajemy połowę kiełków i wbijamy jajka, wrzucamy połowę szczypiorku. Delikatnie mieszamy, aby się ścięło. Tak ze 4 minuty temu kończył się gotować makaron. On nie powinien być zbyt miękki, bo dodamy go do naszej patelni, czy woka. Po odsączeniu makaronu wrzucamy go na patelnię, delikatnie mieszamy.

 

Przekładamy wszystko na talerze. Posypujemy resztą kiełków, posiekaną pekińską, pokruszonymi orzechami i na wierzch plasterek limonki. Wszystko obficie posypujemy mielonym grubo pierzem, chilli.

 

Do popicia, potrzebny jest shaker i kieliszek 0,2ml, czy jakaś miarka, mogłem coś z tą gramaturą pokręcić. Potrzeba nam też, sporo pokruszonego lodu, ciemny rum, jasny rum, sok z limonki, likier amaretto ale przezroczysty, grenadyna, sok z ananasa. Wrzucamy do shakera 6 rozkruszonych dużych kostek lodu, wlewamy po kieliszku rumu jasnego, ciemnego, amaretto, po pół kieliszka soku z limonki i grenadyny, do pełna wlewamy sok ananasowy. Zakręcamy shaker i energicznie mieszamy. W ten sposób powstaje Mai Thai i nie ma nic lepszego. Możecie bawić się w dekorację, możecie do szklanki dodać kruszony lód, ale po co.

 

 

 

Udajmy się w nicość. Tydzień temu tak jak jedną z blogerek dopadł mnie kwitnący rzepak. Podlasie stoi rzepakiem, są tam go hektary. Może dziesiątki hektarów, albo dziesiątki dziesiątek. Wygląda to strasznie szmirowato z otaczającą zielenią. Pojechaliśmy, bo w sierpniu planowałem imprezę rowerową dla 50 osób do Drohiczyna. No i cóż. Nic nie jest takie proste. Czwartek był słoneczny więc najpierw skoro świt, koło 9:00 pojechałem na rower. W trakcie 50km zaliczyłem firmę i po powrocie do domu oświadczyłem, że jeśli ktoś chce przejechać się ze mną samochodem, to ma 10 minut. W drzwiach, po 12 minutach ujrzałem moją żonę w sukience i szpilkach, litościwie zaproponowałem trampki i kurtkę dżinsianą. Młoda odmówiła współpracy, bo jak powiedziała wieczorem, myślała, że jedziemy śladem Helen do Rumunii.

 

Błędem było zabranie dwóch telefonów prawie rozładowanych, a nie zabranie nawigacji. Jak można żyć bez Internetów, telefonów, GPSów? Ja nie wiem. Jak kiedyś człowiek pierwotny mógł wyjść z jaskini, zapieprzać ze 20 km drogami nieutwardzonymi /takie jak na Podlasiu prawie/ i wrócić do swej ukochanej z ubitym dinozaurem na plecach?

 

Z GPSu korzystaliśmy oszczędnie. Mój miał nas dowieźć, Angela miał nas przywieźć. Cóż dojechaliśmy do Drohiczyna. Na pewno nie najkrótszą drogą i z całą pewnością nie najszybszą. Fajne kilka zabytków, ale ja byłem o bananie i o suchym pysku, po 50 km rowerem i  130 km samochodem. Do tego raz zatrzymaliśmy się, aby uwiecznić drogę na Ostrołękę.

 

Obejrzeliśmy wszystkie kościoły i dotarliśmy do knajpy Stara Baśń. Fajnie położona, ale też równomiernie oblężona przez muszki i ludzi. Miliony muszek i trochę mniej ludzi. Ceny, mało zachęcające. Poddaliśmy się i to był błąd. Bo skoczyliśmy do Świętą Górę Garbarkę. Jeno 45 km. Po drodze padł mój ipone. Jechałem z nadzieją, że na 100% będzie tam coś do zjedzenia. No i co? Na parkingu sprzedawali sękacze. Eee sękacze, nie. Weszliśmy na górę i pogubiliśmy się. Angel poszedł do cerkwii, a ja do zakonnicy, która sprzedawała pamiątki i zakupiłem u niej za 5zł szarlotkę. Całkiem spory kawałek. Nazywała się monasterska. Swój łup oddałem Angelowi.

 

Pojechaliśmy już na jej GPSie do Ciechanowca. Na szczęście w Siemiatyczach wyprzedził mnie jakiś Ford. Nie będę ściemniał, że jechałem 50 km/h, ale to on zapłacił, bo stali na jakimiś podwórku, ale mignęły mi ich kamizelki. Czyli obiad sponsoruje Policja, tylko niestety żadnej knajpy po drodze. Ja dzień wcześniej na siłowni robiłem brzuch i wmawiałem sobie, że to mięśnie mnie bolą.

 

W Ciechanowcu, w muzeum rolnictwa, czyli skansenie i pałacu wzięliśmy sobie przewodnika. Tyle tylko, że zwiedziliśmy 1/3 i  musieliśmy z głodu odłączyć się od grupy.

 

Właśnie dlaczego Ciechanowiec? No dlatego, że 31 lat temu mieszkałem tam w wozowni przez dwa tygodnie na wakacjach. Był to jakiś kurs przewodników organizowany przez Wojciecha Siemiona. Tam też spotkałem pierwszą ze swoich wielkich miłości, no i pierwszy raz całowałem się... znaczy nie się, ale z dziewczyną. Fajne wspomnienia, na szczęście znane Angelowi, więc przyjęła to na klatę. A może z głodu nie miała siły protestować. Po zaliczeniu młyna, udaliśmy się do pięknego hotelu, który pojawił się nad skansenem. Olbrzymi dworek. Jedzenie, no cóż gorące. Żurek, rosół, jakieś pierogi, schabowy. No do wyboru był jeszcze stek argentyński i jakaś ryba morska. Dziwne, że w takich miejscach nie ma czegoś lokalnego. Choćby piwa, miodu który miał chęć wypić Angel, nie mówiąc o czymś konkretnym.

 

Po wyjeździe z parkingu zdechł nam drugi GPS. Droga powrotna była dość skomlikowana i dziurawa. Ale to piękny kawałek Polski, tylko że czasami wygląda strasznie biednie, a to jedynie 150km od hipsterskiej Warszawy. Jak trafiliśmy do domu nie wiem. Ale podłączyliśmy od razu telefony do ładowarek, a ja wyjąłem jeszcze stary GPS z zamiarem umieszczenia go w samochodzie.

Trasa rowerowa będzie zdecydowanie inna, bo zbyt mało atrakcji kulinarnych na miejscu, tym bardziej, że rok temu był Kazimierz nad Wisłą, a rok temu Lublin.

 


Podziel się
oceń
17
13

WASZE OPINIE (30) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  4 701 898