Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 798 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

A CZAS PŁYNIE

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

TOM RANDDAL

kontakt:xandar67@wp.pl

O CO CI W OGÓLE CHODZI:

Nie chcę wywoływać bluźnierczych plotek. Ale myślę że Bóg ma niezdrowe poczucie humoru i kiedy umrę spodziewam się ujrzeć jak śmieje się.

Ulubione strony

2007 NOWY JORK

DLA DESPERATÓW:

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

KŁAMSTWO, WIELKIE KŁAMSTWO, STATYSTYKA:

Wpisy
  • liczba: 1115
  • komentarze: 19337
Bloog istnieje od: 4048 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl

Fertaventura

wtorek, 16 lutego 2010 9:09

Fuertaventura - prolog.

Szukaliśmy jakiegoś ciepłego miejsca na spędzenie we trójkę ferii zimowych. Nikt z nas nie jeździ na naratch, śnieg na podwórku miejscami do 1.5 metra, a temperatura w "ciepły" dzień - 10 stopni dała nam nieźle w kość, podobnie jak dzwięk rozrusznika w samochodzie przy -26C i gasnące kontrolki.

Opcji odnośnie celu podróży, było niewiele: ja - żadnych krajów afrykańskich, dziewczyny chciały słońca i ciepła. Na placu boju po skreśleniu Kuby - zimno/w Hawanie w domu opieki społęcznej zamarzło 6 osób/, Sri Lanki - trochę drogo, zostały Wyspy Kanaryjskie. Szukaliśmy w sieci informacji, próbowaliśmy przeprowadzić rozpoznanie wśród bliższych i dalszych znajomych, ale nie odnaleźliśmy nikogo, kto był na Kanarach w "naszym" terminie. Ludzie z internetu byli bardzo rozbieżni w swoich opiniach, jedni zachwyceni, inni rozgoryczeni. Przewodniki i materiały biur podróży dostarczają niezbyt precyzjnych, a mówiąc wprost niezbyt wiarygodnych opisów hoteli, plaż i miasteczek. Nawet tak prozaiczne  wiadomości, jak temperatura w lutym, były nie do zdobycia. Na wykresach w nocy 15-18, w dzień do 22, miła Pani  z biura Itaki powiedziała podczas rozmowy, że 25 C to minimum i miała rację.

Młoda wypsażyła się w 3 letnią znajomość hiszpańskiego, ja w elektroniczną sondę do pomiaru wszelkich temperatur o długości 2.5 metra, Angel w wielką walizkę ubrań wszelakich. Jeśli chodzi o pakowanie, to kłopot - biuro podróży twierdziło, że temeperatura 25C minimum, prognozy pogody 19-22C. Konkluzja, pakujemy się, jak nad polskie morze, latem. Bierzemy wszystko. Ja w ostatniej chwili dorzuciłem jedną parę ciepłych spodni Americanosa.  Okazały się zbyteczne, szorty - dwie pary, jedne długie spodnie i sweter lub bluza na wieczór, dla dziewczyn lekki wiosenny płaszcz  to niezbędnik+ klapki, sandały, oczywiście bielizna, koszulki.

Trzy wyspy odpadły w przedbiegach: Tenerefa brak wyjazdów w naszym terminie/okazło się w trakcie, że w podczas naszego wyjazdu na Teneryfie były silne opady. Które zakończyły się powodzią/, Gomera - za mała, Lanzartotte - za dużo gór i za wysokie, mało zachęcające ceny. Pozostała: Gran Canaria - troche gorsze hotele w naszym biurze, a na dodatek byli tam już wszyscy nasi znajomi, oraz WIETRZNA WYSPA - Fuerte. Wygrała Fuertaventura. Co do cen, nie ma co czekać na super okazje, śledziliśmy ceny przez pół roku. Prawie nie ulegały zmianie, nie ma jakichś super ofet last minute, bo polskie biura mają dość mało miejsc zarezerwowanych w ... samolotach. My 2 tygodnie przed wyjazdem wykupiliśmy 3, z ostatnich 4 miejsc w samolocie.

1 dzień.

Lot trwający 5 godzin 10 minut, bardzo spokojny, czas o godzinę do tyłu. Lądowanie w stolicy Puerte del Rosario. Cóż z jednej strony ocean, z drugiej też, krótki pas do lądowania, ale Boening pod cypryjską banderą dał radę. Lotnisko niewielkie, ale bardzo przyjemne. Nie podawano alkoholu i wszyscy dotarli w niezłej formie, a z doświadczenia wiem, że bywa różnie. Wychodzimy na parking. Gorąco! Naprawdę gorąco, ledwo daje się wytrzymać w długich spodniach. Klima w autokarze, co za ulga, a jeszcze 5 godzin wcześniej - 10C, przejeżdżamy obok termometra olbrzymiego +25C, żyjemy. Lotnisko otoczone palami. Stolica, a właściwie ulica, którą jedziemy znajduje się nad samym Oceanem. Mijamy kilka niezłych hoteli i pola golfowe. Zaczynają się gory oraz czarne wulkaniczne pustynie. Żadnych drzew. Nędzne domki, ale bardzo rzadko. Pustkowie totalne. Bardzo porządna droga, pod tym względem jesteśmy  cokolwiek za tym zakątkiem świata.

Autokar dojechał po godzinie do naszego hotelu. Barcelo Jandia Plaja - duży hotel, obok resort. Główny budynek z 3-4 kawiarniami i restauracją oraz dyskoteką kilka tarasów, recepcja. My mieszkamy w szeregowcu trochę niżej. Niż budynek główny. Pokój spory, ale mało 4.5 gwiazdkowy.  Z hotelowych budynków położony najlepiej - drugi w rzędzie od oceanu, więc nie wieje bezpośrednio, blisko SPA i podgrzewanego basenu. Basenów jest kilka, położone są kaskadowo, wkomponowane w przepiękny ogród. Te kilka basenów to: jeden 10 metrowy z podgrzewaną wodą, 25-30 metrowy o głębokości od 10 do 150 cm, jeden około 50 metrowy z wodą o głębokości 40-140 cm, oraz dwa małe dla dzieci. Pierwsze trzy mają bardzo nieregularną linię brzegową, z siedzeniami w wodzie/ale z betonu, więc żaden kostium by tego nie przeżył, są mostki i wodospady. Pełno palm, kaktusów, drzew oliwnych i kwiatów, hibiskusy we wszelakich kolorach, murki z czarnych wulkanicznych skał, wieczorem wszystko podświetlone. Labirynty wąskich uliczek. Ładniej niż myśleliśmy. Spaceruje dostojnie kilka kotów. Ogród jest bardzo rozległy.

Leżaków jest pełno, w tej części sezonu nie ma mozliwości, żeby ich zabrakło, ręczniki plażowe - zastaw gotówką 20 euro sztuka, wymiana ręcznika dodatkowe 2 euro. W okolicznych sklepach ręczniki kosztują około 5 euro sztuka.

Hotel nie ma swojej plaży nad oceanem, ale jest dużo wypożyczalni leżaków wraz z parasolami. Wypożyczenie dwuosobowego kompletu to koszt 5 euro, dla trzy osobowej rodziny ewentualny dwutygodniowy koszt, to spora kasa.

Na plażach dużo osób spaceruje i biega oraz chodzi z nordicami, od 16 jest zupełnie pusto, a około 18 to już żywego ducha.

Pokój z dostawką. Koszamrne drzwi od łazienki, z żaluzjowych listewek, taa wszystko słychać, czyli jak ktoś wchodzi w jakichś niecnych zamiarach włacza wszelkie źródła wody. Krępujące.

TV dodatkowo płatne, nie wiem ile, ale nie chcemy, sejf płatny 2 euro dziennie. Mamy taras, własnie siedzę na nim o 8 rano - 21.9C i piszę. Duża część pokojów ma widok na ocean. Trzeba mieć dużego pecha, aby okna wychodziły na ścianę innego budynku.

Idziemy do centrum miasta, dochodzimy do Zoo i wchodzimy do supermarketu. Sklep taki sobie, okazuje się, że najlepszy Spar, jest obok naszego hotelu. Trochę knajpek, ale nie mamy siły iść dalej. W końcu przeszliśmy z kilometr. Miejscowość nazywa się Moro Jable.

Wersja all inc - ok. Śniadania 7:30 - 10:15, obiad 12:30-15:15, kolacja 19:30-21:30. Alkohole w barach od 8:00 do 24:00 - Niemcy skrupulatnie korzystają. Jest jeszcze bar z przekąskami tuż obok basenu, czynny do 18:00 - hamburgery, hot dogi, tosty, owoce, wędliny oraz wszelakie alko.

Pierwszy dzień 21 - czas spać. Nie wiało, co oni z tą wietrzną wyspą.

Dzień drugi.

Obudziłem się o 5:00 kanaryjskiego czasu, no jakoś poprzekręcałem się z boku nab ok do 8:30. Zbyt ciepło, w pokoju 26C.

Śniadanie: wędliny, sery, płatki, owoce, słodkie bułki, smażony boczek i kiełbasy, jajka w różnych postaciach, twarogi,  żółte sery, białe też, herbaty oraz kawy zimne napoje, duży wybór pieczywa, naleśnikowate i omletowate cosie. Można przeżyć, tym bardziej, że za 3 godziny obiad.

To jednak wietrzna wyspa, wieje, jak cholera. A mówiłem Młodej wczoraj rób zdjęcia, bo to pewnie jedyny słoneczny dzień. Tfu na psa urok. Wygląda, jakby miało padać. Fale na oceanie olbrzymie, ale to światowa stolica surferów. Pamiętacie Na fali z Patrickiem Swayze? No takie fale. Czarne chmury, które śmigają po niebie z olbrzymią prędkością. Ale ciepło 25 stopni. Idziemy nad Ocean, trzeba zjechać windą na dolny taras i znaleźć tunnel na plażę. Tuż pod nami super dobrze zaopatrzony sam - Spar, sklep Bossa, Douglas, Mango, wypożyczalnia samochodów, jakieś badziewne sklepy pod panowniem Arabów.

Wchodzimy do tunelu, coś kapie nam na twarz, mówię, że to włączone podlewacze. To jednak deszcz, deszcz na pustyni, no tak naprawdę, to kilka kropli, ale wracamy, szkoda aparatu i ubrań. Gdy doszliśmy do hotelu pora obiadu. Młoda nie idzie - potem baaardzo żałuje.

Nie dam rady wymienić wszystkiego: paella z małażami pyszna, sałatka z krewetek z jakimiś patykami rośliny, koźlęcina - bardzo dobra. Zupa paprykowa - wszystkie zupy kremy, są dodatki ser starty, grzanki, ale fanem nie jestem I nie zostanę. Dużo ciast i owoców. Owoce - arbuz, mango, melon, jabłka, pmarańcza, gruszki, papaja, gantalupa, kiwi, banany. Świeże oraz z syropów. Lody, ciasta. Nie wiem, czy dobre bo nie jem. Na ciepło jeszcze różne ryby, pizza, makarony, bardzo dużo warzyw. Obiad był najlepszym daniem dotychczas. Wagę będę omijał łukiem szerokim.

Po obiedzie, dziewczyny nad basen opalać się, ja idę ponownie nad Ocean. Pogoda marna, wieje, bardzo wieje, chmury, słońce zachodzi, ale 26.5C.

Opalanie nie udało się. Wyprawa nad ocean niesamowita, do oceanu bliziutko, pewnie z 500 metrów, ale nie wszędzie można przejść, rosną jakieś słonolubne krzaczki. Przypływ. Niesamowity, chyba większy niż dotychczasowe, bo w popłochu zabierają leżaki ustawione rzędami. Nagle znika część plaży pod wodą, nie ma przejścia w stronę miasta, plaża zalana. Z lekka mam stracha, bo zmniejsza się ląd, którym szedłem. Kosze na śmieci pływają w wodzie. Przekładam portfel, iPoda do torby z obiektywami, jakoś przebrnę. Mam nadzieję. Woda umiarowanie ciepła, ale bez większego obrzydzenia da się po niej iść.

Dzień drugi i trzeci oraz czwarty.

Piękna pogoda. W nocy temperatura nie spada poniżej 20 stopni, koło 9 rano jest już 25-26 w cieniu. Prognozy pogody i informacje od ludzi z internetu mijają się z prawdą. W ciągu dnia temperatura osiąga ponad 30 stopni w cieniu. Zupełnie nie czuć upału. Ja oczywiście podczas spacerów plażą strzaskałem sobie nos na czerwono i z lekka czoło.

Przejście z hotelu na plażę jest dziwne, plaża jest blisko, ale nie można do niej dojść w lini prostej, bo rosną tajemnicze rośliny, które wyglądają na chronione, a pośród nich chodzi ... osioł, a czasami dwa. Kawałek dalej jest wytyczona droga do brzegu, ale na końcu jest zalana przez wodę. W porównaniu z pierwszym dniem, kiedy był sztorm, morze cofnęło się o jakieś 200 metrów.

Dziś pływałem w basenie z niepodgrzewaną wodą, eufemizmem byłoby, gdybym powiedział, że woda jest ciepła. Basenów jest jak pisalem wczesniej kilka, znajdują się na róznych poziomach, w jednym przy fintessie ciepła woda. Dziewczyny dziś zaliczyły siłownię.

Wspólnie spacerowaliśmy 2.5 godziny wzdłuż plaży, do końca miejscowości I powrót wśród sklepów. Dużo firmowych sklepów, jest nawet Macy's, drogiej biżuteri, zegarków, perfumerii, sprzętu elektronicznego. Wczoraj zainwestowalismy w filtr UV do aparatu zdjęcia wyglądają jeszcze lepiej.

Jedzenie jest pyszne, ale robi się monotonnie, bo codziennie to samo. Obsługa miła, dość sprawnie sprząta stoliki. Mam wrażenie, że jedzenie jest podobne do domowego, nie jest to zarzut, ale jak na 4.5 gwiazdki mogliby się bardziej postarać. Dużo barków z alko, bez  rewelacji. Vermuth ze sprite - prawie jak beherovka..., cava w dużych ilościach, szkoda, że only brut. Wina podawane do obiadu są liche, ale te w barach wieczorem serwowane dość przyzwoite. Nie widać ludzi pod dużym wpływem, no może kilku Niemców.

Właśnie Niemcy - to fakt, który sprawdzilismy na własnej skórze - sporo naturystów, kurde głównie w wieku powyżej 60 lat, chodzą pomiędzy ludźmi z tymi swoimi fujarkami. Wygląda, to dość obleśnie. Jak są tacy zgodni z naturą, to czemu ciągną brzuchy do kolan i nie tylko brzuchy. Niszczy to sielski widok przepięknych plaż. Drobny złoty piasek, piękna przejrzysta woda. A to początek lutego - istne czary mary.

Na kolacje miedzy innymi krewetki, smazone w winie, ale w pancerzach. Jem palcyma, ktorych dlugo nie moge domyc w pobliskiej toalecie. Powstala mieszanina zapachow: krewetka łamana bzem.

Serwis pokojowy - pokoje sprzątane codziennie, codziennie wymieniane ręczniki, jeszcze nie wymieniano pościeli.

Dzień piąty.

Plan gry: siłownia dziewczyn tuż po śniadaniu, ja idę na spacer w drugą stronę plaży pod klifem, po obiedzie wspólny spacer. Na słoneczku o 8:30 było 28 C. Piszę o tych stopniach, bo mam zamiar zamieścić relację na kilku portalach turystycznych, aby pomóc ludziom w podjęciu decyzji o wyborze wakacji.

Nie pisałem o wiewiórczakach - sprawdzimy, co to jest. Małe szare wiwiórki z pręgami na grzbiecie. Bardzo szybkie i wesołe, lubią orzechy ziemne, które nabylismy w Spar dla nich. Stawiam na pieski preriowe. Pełno papug, przeważnie zielone, widzieliśmy też ptaszyska podobne do żurawi z koronami z piór na głowach, duże ptaki z zakrzywionymi cienkimi dziobami. Latają też stada czarnych kormoranów, a dwa codziennie o 8:00 przelatują kracząc pod naszym oknem. Na latarni niedaleko hotelu siedzi jakiś gad wieczorem, jak go nie widać I krzyczy przeraźliwie mam! Mam! Mam! - co chwila ktoś się zatrzymuje I próbuje wypatrzeć drania. Wydaje mi się, że to żurawiopodobne, tak koncertują.

Przyjemnie czyta się w tutejszych kafejkach, nawet przy basenie, czy na balkonie. Wczoraj skończyłem nową książkę Odiji Kronika umarłych - dziwna bardzo, trochę mnie zmęczyła, dlatego po południu przeczytałem Pocałunek przed śmiercią  Iry Levina, to chyba jego pierwsza książka, później popełnił między innymi Dziecko Rosmary. Lekka i szybka, więc wieczorem zacząłem Rok ogrodnika Capka.

Dzień ... chyba szósty.

Pogoda jest nadal cudowna. Ciepło. Dzień wczorajszy minął na leżeniu na brzegu basenu z podgrzewaną wodą. Wieczorem długi spacer, trochę zmarzliśmy. Było pod koniec około 20C, ale przy sporym wietrze, po zachodzie słońca daje się odczuć chłód. Plaża po 16:00 pusta zupełnie, pojedyncze osoby co kilkaset metrów. Dotarliśmy do końca miejscowości, gdzie znajduje się port statków wycieczkowych. Tam na skałach jest bardzo ładny hotel Riu, tylko zejścia nad ocean po prawie pionowych schodach, ale obsadzony jest różnymi roślinami, prawie tak ładnie, jak nasz. Prawdę mówiąc, od strony oceanu, tamten hotel wygląda lepiej.

Pisałem, że są duże sklepy z kosmetykami, nawet bardzo dużo, sporo sieci Douglas - te akurat są mniejsze i brzydsze, niż ich polskie filie. Nie patrzyłem na ceny, ale obsługa mnie dopadła i gwarantowała 50% upusty/z tymi upustami, to nie tak do końca. Twierdzą, że ceny są już opuszoczneJ, proponują jakieś rabty, ale niezbyt duże, po kilka euro, no góra 10/. Obiecaliśmy sobie, że w pierwszym tygodniu nie robimy żadnych zakupów, nie licząc wody - ta w hotelu jest marna, soków i trochę słodyczy co dla niektórych uczestników wycieczki.

Pogoda, a właściwie klimat, rośliny, lazurowy ocean, uśmiechnięci ludzi podowują, że wpadamy w błogą nieświadomość - godzin, dni. Brak tv i netu jest błogosławieństwem.

Nie mieliśmy kontaktu z rezydentem Itaki, na spotkanie spóźnił się ponad 20 minut i nie czekaliśmy dłużej, nie wiemy, jak wyglądają kwestie wycieczek i różnych innych spraw - choćby odlotu, ale to jeszcze 10 dni/okazało się, że w recepcji są regały z segregatorami biur podróży i w nich znajdują się informacje/.

Zbyt późno skorzystaliśmy z prawa do rezerwacji w restauracji a'la carte i jeden obiad nam przepadł. Przysługuje jeden w tygodniu, serwowana jest kuchnia kanaryjska, aperitiv i pierwszy drink za darmi oraz oczywiście jedzenie. Trzeba tylko wcześniej wybrać danie główne: ryba, wieprzowina, koźlęcina, osmiornica. Dziewczyny zjedzą do spółki kozę, ja wybrałem ośmiornicę. Ale rezerwacja z czwartku jest dopiero na wtorek!

Wczoraj odkryliśmy nowy barek z kanapami. Posiedzieliśmy trochę z Angelem, no do jakiejś 23:15, a przy okazji wypiliśmy ze dwie butelki cava brut, no przy drugiej, nawet nie była bardzo brut. Trening czyni mistrza. /W ramach wyjaśnień, te kanapki, to ratanowe kanapy z poduszkami, nic do zjedzeniaJ/.

Dziś zarezerwujemy samochód na poniedziałek. Za jeden dzień można zapłacić około 25 euro - Felicia/corsa lub około 45 za vitarę cabrio. Zobaczymy. Do przejechania jest około 250-300 km. Mam nadzieję, że dadzą jakąś mapę. Mój gps pokazywał nazwy ulic, ale nie można było wgrać trasy.

Zastanwiam się nad  określeniem jedzenia i ta opcja, że to "domowe" jakoś najbardziej podchodzi. Jestem po śniadaniu, które zjadłem na tarasie z widokiem na ocean. Ja jadłem jajka sadzone, bekon smazony, paprykę, pomidory, ser zółty, chorizo/viva choeserol/. Ale są jogurty, słodkie bułki w dużym asortymencie, słodkie placki na ciepło, jajecznica, parówki, musli, owoce, ser biały, duzo róznych warzyw, wędliny, na ciepło fasolka, trotilla z ziemniaków. Nie smakują nam napoje z dystrybutorów, a kawy i herbaty nie piję - tych jest do wyboru, do koloru.

Wstyd się przynznać, ale odrobine korzystamy z ... animacji, dziś strzelaliśmy z pistoletu, a Petra na podorędziu miała jeszcze łuk. Młoda była najlepsza - trafiła w tarczę, ja 3 razy w kartkę z tarczą, ale nad kółkami, a Angel trafił w duże koło z trawy na którym był przymocowany kulochwyt. Wieczorem były występy artystyczne - śpiewacze, nawet całkiem miło. O 24:00 byliśmy w dyskotece hotelowej, bo zwabił nas  ColdplayJ.

Prawdopodobnie niedziela.

Na Teneryfie powodzie, a u nas na szczęście ciepło. Wczoraj przez cały wieczór, aż do 24 było około 23C, dziś rano w słońcu 34, lekki wiatr powoduje, że nie odczuwa się temperatury, nie jest ona uciążliwa, ale bardzo przyjemna. Ale filtry, filtrami - ja oscyluje pomiędzy 4, a 6 co w pewnej mierze przyczyniło się do schodzenia skóry z czoła.

Wczorajszy wieczór to zakupy. W eleganckich sklepach można się trochę targować, delikatniej mówiąc zagdać o rabat, bywają różne. Przy kremach ze ślimaków na które miesliśmy zamówienie, to euro przy cenie 12, przy perfumach, które kosztują za 100ml od 25 euro przy okazji promocji do max 70, ale moje ulubione to 40 kilka euro. Olbrzymie sklepy i można znaleźć prawie wszystko. Trochę zaszalałem, w rewanżu Angel nabył okulary Prady, śliczne. Przy okularach upusty są znacznie większe, oczywiście certyfikat autentyczności itp, myślę, że te okulary kosztowały około 1/3-1/4 tego co u nas w Polsce. Trochę łamię się nad Aviatorami RB, cena wywoławcza 120 euro, modeli jest około 100, a u nas 10 to max.

Kanary to kosmetyki ze śliaków i aloesu. Mamy zamówienia od rodziców Angela. Wczoraj Pani ze sklepu z aloesami próbowała na mnie różowy krem z aloesu, który miał uleczyć uczulenie na pot, które niestety pojawiło mi się na facjacie, chyba na skutek działalności filtrów UV, żeli po opalaniu. Nie do końca pewien jestem, czy poprawa nastąpiła po mazidle, czy może czas+lekarstwo przywiezione ze sobą.

Jest 10:20 grupa dzieli się na podgrupy, ja idę na spacer brzegiem oceanu w kierunku przeciwnym do miasta, Angel idzie opalać się nad basemen, Młoda leży i pojekuje odrobinę. Takie to trudy dnia codziennego polskiego turysty. Aha w Warszawie rano było - 8C. Brrr. Nie wierzę, że istnieje takie coś, jak śnieg.

Niedziela była wyjątkowo gorąca, dziś te 30/32C dało się odczuć, ale tylko podczas spaceru w południe, bo przy basenie jest ok. W pokoju przez całą noc uchylone są drzwi balkonowe oraz kręci się sufitowy wentylator. Klimatyzacja używana jest sporadycznie.

Menu niedzielne, właściwie takie samo, jak w każdy dzień. Dodatkowo była szynka prosciuto crudo, truskawki na gorąco, krewetki, pieczone kiełbaski. Bardzo dobre są warzywa na gorąco: kalafior z beszamelem, brukselka i fasolka szparagowa z boczkowymi wiórkami, a czesto są boczniaki na gorąco i pieczarki.

Poniedziałek - dzień któryś tam.

Mieszkamy chyba jednak w miejscowości Jandia Playa, a to miasteczko do którego chodzimy, to Moro Jable, tak wygląda z nowo nabytej mapy.

Wypożyczyliśmy na jutro samochód, stąd też mapa. Sowy nie są tym, czym się wydają, chciałoby się powiedzieć za Lynchem. Cenniki w wypożyczlaniach, cennikami, a życie swoje. Samochód, który wzięliśmy Suzuki Jimny, nie występował w cenniku, a babcia staruszka obsługująca wypozyczalnie potraktowała go ceną Suzuki Vitara, czyli 36 euro, to było w katalogu, ale do tego jeszcze 14 euro za ubezpieczenie, czyli wyszło 50 euro, 30 zaliczki, jutro reszta. Samochód mamy od 8:30. Jeśli chodzi o paliwo, to mamy oddać z taką ilością, jaka będzię w baku. Nie lubię takich reguł, powinno być jasno powiedziane - pełen bak i koniec. Samochód, to oczywiście cabrio, więc będzie miło. Wyspa ma około 120 km długości, no może 100, bo mapę dostaliśmy niesamochodową za 4 euro. Najtańsze z oferty auta, to skoda Felicia i opel corsa za 24 euro, ale bez ubezpieczenia.

Ooo, to już drugi poniedziałek, więc został tylko jedenL. Poniedziałek był najchłodniejszym dniem dotychczas. Temperatura nie była i nie jest niska, teraz 23:00 I jest 20,5C, w ciągu dnia, w cieniu było około 27C, ale mało słońca, gdzieś przebijało się zza chmur. Raz kropił deszcz, taki innych od naszego, rzadkie krople I tylko przez kilka minut.

Na naszej plaży, tuż pod latarnią morską jest mała zatoczka, gdzie codziennie są bardzo wysokie fale, nawet, gdy na pozostałej części oceanu nie widać żadnej fail, to tam fale są bardzo duże. Dziś były jeszcze większe, czasami dochodziły do 4-5 metrów i był tłum serferów, którzy śmigali na deskach. A my usiedliśmy sobie na fotelach plażowych, piliśmy piwo i czekaliśmy na jakąś mała kolizję, ale nic. Wykazywali się niezrozumiałą sprawnością, mijali się nawet, gdy skotłowała któregoś fala.

Jutro dzień podróżniczy. Do objechania cała wyspa. Mam lekiego cykora, obce auto, drogi, marna mapa, no a cabriolet, chyba nie ma na stałe z tyłu dachu, trochę boimy się, że nie da się zapakować bluz, na wypadek gorszej pogody. Start około 8:30-9:00. W związku z objazdem, dziś lekki odpoczynek od wieczornej cavy.

Czytam równocześnie Zbrodnię i karę oraz Żołnierską zapłatę Faulknera.

Dzień 9ty - objazd wyspy.

Zaczęło się źle. Pojawiły się chmury i wyjechaliśmy 1.5 godziny później, niż planowaliśmy. Samochód okazał się komoletnym gratem, było wielkim błędem, że odebraliśmy go z wypożyczalnie. To było nasze pierwsze wypożyczenie samochodu w życiu, a na przyszłość wyviągnięty jest wniosek taki: żadnych cabrio, żadnych starych samochodów - ten miał około 10 lat, jeśli wydaje się na początku, że coś jest nie tak z samochodem, lepiej nie jechać. Przy starcie był problem z biegami, nie dawało się wrzucić 1, 2 i 3, na prostej kierownica miała takie bicia, że trudno było ją utrzymać, za to na zakrętach można było jej wcale nie trzymać, samochód sam skręcał i to bez różnicy, czy w lewo, czy w prawo. Nasz cabriolet nie miał wcale dachu w tylnej części, więc Młoda zmarzła strasznie. Upiornie było, jak na zakręcie, agrafce, pod koszmarnym kontem i w dół brakowało biegów. Nie jechał ani na dwójce, ani na trójce,  a na jedynce ledwo silnik z ramy nie wyskoczył.

A teraz o marketingu turystycznym. Na mapach opisane były miejscowości, tak, że w każdej było mnóstwo do oglądania, a jaka była rzeczywistość:

Puerto del Rosario - stolica, kilka ulic oraz nic do zobaczenia! No galeria handlowa, ale kilkakrotnie mniejsza niż nasze, żadnych zakupów. Sklepy w dużej mierze podobne, jak w Polsce, ale przecież żyjemy w erze globalizacji: Zara, Mango, Stadivarius, InterSport.

La Oliva - kościół faktycznie malowniczy, centrum artystyczne zamknięte, żadna kafejka nie była otwara, żadna z dwóch, no bo było może 4 ulice na krzyż. W kościele paliliśmy świece, szkoda, że elektroniczne. Trochę gryzło się to z obrazami z XVII wieku. Dokoła góry i pustynie. Próbowaliśmy dostać się do hodowli aloesów, która miała też sklep z serami, ale sjesta, dość długa, bo przejeżdżaliśmy obok wodstępie 4 godzin.

Las Molinas - po hiszpańsku wiatrak - co byście sobie wymyślili? Że będzie dużo wiatraków? Że w opisie - idylliczna wioska rybacka? Tam ani jednej łodzi, koszmarne skały, żadna łódź by nigdy nie wypłynęła stamtąd. Cztery domy na krzyż, przepiękny widok oceanu robijajacego się na klifach. Opisane jezioro z kaczkami, daję słowo, że była to zapyziała kałuża, porosła zielonymi glonami o głębokości 10 cm w najgłębszym miescu. Dojazd do miescowości był koszmarny, półka skalna miejscami pod niesamowitym kątem, modliłem się żeby wyjechać, na szczęscie zapaliłem świeczkę w kościele w La Oliva. Może to nam pomogło. Nie wiem co trudniejsze zjazd, czy podjazd. Widoki warte zobaczenia jednak.

Betanacuria - była stolica wyspy. Tam był piękny kościół i kilkadziesiąt domów, dojazd koszmarny. Widoki zapierające dech w piersiach, ja nie wierzyłem, że białe kreski widoczne na górach, to paski dróg, a jednak. Jezdnia na półtora małego samochodu, oczywiście w obie strony. Widoki niesamowite, ale ja patrzyłem się na dwa metry przed samochodem, bo jak spojrzałem w bok, to zaczynałem mieć zawroty głowy. Proszę pamiętać rozklekotany odkryty samochód, bez biegów, ale za to bardzo wysoko się siedziało. Na tych półkach skalnych, widziałem dwa samochody jadące, dwa stojące na tarasach widokowych. Góry niby po 600-700 metrów, ale urwiska przerażające. Zastanwialiśmy się czy autokary dały by radę wjechać. Pamiętam, jak na Costierze Amalfitana koło Neapolu zaklinował się autokar, który miał dobudówkę z tyłu na narty, tam mogą jeździć autokary o określonej długościm. Tamten zaklinował się, tak, że musiano go pociąć...

Antigua - piękny dworek z ogrodem w którym było muzeum. Miesce warte zobaczenia, bardzo ładny wiatrak, kafejka. W ogrodzie karteczki przy drzewach z ich nazwami.

Corralejo - w stosunku do naszego Moro Jable przeciwległy kraniec wyspy. Bardzo duże portowe miasto, ładne pełne knajpek, sklepów olbrzymi park rozrywki oraz  ogród botaniczny. Widok na oddalone o mniej niż kilometr wyspę Los Lobos oraz trochę więcej niż kilometr Lazarotte. Zjedliśmy obiad w Toro Steak Hausie. Zupa z owoców morza i paella walencja bardzo pyszna, olbrzymie szklanice z  napojami. Paella napisane w karcie, że dla dwojga, ale ledwo daliśmy radę we trójkę. Kupiliśmy wina Torres, dobre i znane w Polsce, ceny? no 10-15 złoty taniej na butelce niż w Makro Cash. Zakupy bardziej przez sentyment, aby po powrocie przy oglądaniu zdjęć wypić, wina były po 5-6 euro.

Costa Calma - dużo hoteli, które oferują polscy operatorzy, to jest 30 km od Moro Jable, wydaje się, że w Moro jest ładniej i bardziej wakacyjnie jest. Plaża ładna ze szkołą nurkowania, centrum windsurfingu, jednak przynajmniej w części miejscowości plaża z czarnym piaskiem.

Nasza południowa część wyspy ma bardziej słoneczną pogodę, nawet w porównaniu z oddalonym o 80 km Puerto del Rosario, co jest o tyle istotne, że pogoda na Fuertaventurze pokazywana jest dla Puerte del R.

Nie ma jak w hotelu, czy trzeba było objechać 350 km aby do tego dojść - nie mam pojęcia, wycieczki nie polecam. No być może są tacy, którzy lubią jeździć po takich zawijasach nad przepaściami, myślę, że moje odczucia byłyby inne, gdybym jechał lepszym samochodem, bo ten nie był nawet po prostej w stanie jechać szybciej niż 90 km/h. Drogi technicznie bardzo dobre, zdecydowana większość górskich dróg jest ograniczona barierkami metalowymi lub kamiennymi. Sporo Policji, głównie na rondach, mały ruch i mało ludzi, poza Coralejo, w dużej części ograniczenia prędkości do 90 oraz 110 km/h, paliwo dużo tańsze niż w Polsce, za benzyne płaciłe 0,75 za litr, stacji benzynowych nie ma zbyt dużo, ale przecież na jednym tankowaniu można z krańca na kraniec przejechać ze 3-4 razy. Aha prawie na każdym rondzie są dziwne rzeźby, instalacje - nasza ulubiona? Stado gołych dzieci z brązu, o wysokości około 120 cm patrzących do gory -  Bliskie spotkania III stopnia.

Była jeszcze kolacja a'la carte i nocne oglądanie gwiazd nad oceanem, ale o tym jutro. Dziś środa, jeszcze 5 dni opalania, godzina 9:00 czyli jeszcze 1.15 aby udać się na śniadanie, bo obiad dopiero o 12:30J.

Dzień 11.

Nuuuuda. Opalanie od 10:30, spacer do miasta, ja dwukrotnie. Trochę zakupów. Dokupilismy kilka butelek wina i brandy Torres 10letnie, kremy z naturalnych składników Aloe Vera - to na zamówienie oraz żel z aloesu. Żel dziewczyny próbowały wczoraj w związku z przedawkowaniem słońca, w tej chwili jeszcze śpią, więc nie wiem, jak z jego skutecznością. Pogoda stała, czyli w nocy 19.5C od rana przed wschodem słońca 20.5C -21.5C, od 9:30 już około 25-26C w słońcu do 35C, ale dzięki lekkiemu wiatrowi daje się żyć. Wydaje się nam, że wieczorami jest trochę więcej wiatru I przez to jest chłodniej, bo ja od dwóch dni zakładam cienki sweterek - bluzkę z długimi rękawami. Jest też zdecydowanie mniej osób w naszym hotelu, w tym tygodniu sporą grupę stanowią młodzi Hiszpanie oraz rodziny Francuzów, jednak w przewadze Niemcy.

Wczorajsza wizyta w a'la carte, no cóż zaliczona. Nie ma co się spodziewać cudów, skoro to ten sam hotel, ci sami kucharze, więc jedzenie podobne. Koźlęcina ok, ale już trochę się nam przejadła, zamówiona przeze mnie potrawka z ośmiornicy z cieciorką nic rewelacyjnego. Jak to wyglądało? Stoliki może 20 sztuk, ładniejsza porcelana I obrusy, najpierw przystawka, trochę żałosna, bo ziemniak w mudurku I kostka styropianowej fety oraz jako popitka ich rum z tonikiem. Rum jest przeraźliwie słodki, sam cukier właściwie i ma ze 20vol. Potem w barku: carapcio z łososia, jajka faszerowane, sałatka z ananasem, danie główne serwował kelner, a desery w bufecie samoobsługowym - najlepsze banany w czekoladowym sosie. Wina płatne, wzieliśmy butelkę białego za 8 euro. Nic rewelacyjnego. Posiedzieliśmy ze dwie godziny, ale na drugą przysługującą nam kolację się nie wybieram.

Młoda w Moro Jable korzystała w knajpie z wi-fi, kupiła sobie olbrzymiego, chyba półlitrowego drinka sex on the beach za 5.50 i siedziała, aż jej bateria wysiadła. Ja w ramach terapii żadnego netu, żadnych telefonów i telewizji.

Wczoraj też odkrylismy na terenie hotelu  jeszcze dwa duże baseny - czynne, olbrzymie, jakieś dwudziestoosobowe Jacuzzi - nieczynne i takąż samą kawiarnię w wodzie - w sensie, że nieczynna, a nie dwudziestoosobowaJ. Myślę, że w sezonie są czynne, ale teraz to z basenów niepodgrzewanych, to chyba tylko szaleńcy korzystają, woda jest przeraźliwie zimna. Wczoraj jakaś zdesperowana hiszpańska toplesica pływała.  Ja pływałem raz i wystarczy, wchodzę dla ochłody do kolan, Angel do pół łydki, Młoda chyba stopy nie zamoczyła.

Za 5 dni w domu, nie wiem, jak uda nam się przyzwyczaić do minusowych temperatur i śniegu oraz pracy. Jakoś to będzie, ale lato w zimie, to fajna sprawa. No i 9:15 gdzie moje słońce, gdzie? Pytam się grzecznie.


Dzień 12 i 13.

Trochę gorsza pogoda. Zniknął zupełnie wiatr, to chyba spowodowało, że chury kłębią się nad pobliskimi górami i brakuje im siły, aby pójść sobie precz. Z kronikarskiego obowiązku temperatura około 21-22.5C stopnia do pokazania się słońca, około 12-13 słońce przebija się zza chmur i robi się 28-29C.

Jest miło. Dużo chodzimy po plaży, myślę, że dziennie robimy jakieś 10 km. Z wydarzeń godnych odnotowania - wieczór kuchni chińskiej. Trzeba uważać co się mówi, bo tego samego dnia w Moro Jable widząc chińską knajpe, powiedziałem, że przejadła mi się kuchnia kanaryjska i zjadłbym jakaś chińszczynzę. Mówię i mam, ale obiektywnie rzecz biorąc, to nie była najlepsza chińszczyzna w moim życiu. Może wieprzowina słodko-kwaśna i sajgonki były w miarę, lepsza taka sobie.

Trochę przyjarałem twarz, ale miejscowe kosmetyki z aloesu czynią cuda. Mieliśmy zamówienie na żel z aloesu oraz kremy, żel na pewno nabędziemy. Jest to taka bezbarwna 100% pulpa z aloesu.

Do tego wszystkiego oprócz czytania, rżniemy codziennie w karty - 3-5-8 oraz makaoJ. Gramy wieczorem w knajpie nasz kelner serwuje nam cavę. No odkąd zacząłem mu wrzucać drobne do szklanki stojącej na barku. Wczoraj wziął nas z zaskoczenia, bo najpierw zaobserwowałem, jak napenia dwa bardzo wysokie kieliszki  sprite z automatu, po czym wylewa zawartość i nalewa cavę, a po chwili zabiera nam nasze do połowy dopite kieliszki i zostawia te wysokie.

Wczoraj gdy zostały jeszcze dwie - trzy grupki /my zawsze wychodzimy ostatni/, Diego jeździł wózkiem i zbierał szkło ze stolików, alkohole z barku były już sprzątnięte, a on słyszę, że otwiera cavę - mówię do Angela, Boże byle to nie było dla nas, ten jednak przyszedł, dolał nam do kieliszków i zostawił butelkę.

Także wczoraj padł rekord, myślę, że daliśmy radę jakimś 3-4 butelkom. Potem zeszliśmy do dolnego baru, gdzie do 1:15 z Angelem graliśmy w bilarda, a wcześniej z młodymi Angolo-Niemcami zjedliśmy paczkę żelków znalezioną na murku obok stołów bilardowych.

Dziś rano odjechała grupa Niemców, którzy zawsze dotrzymywali nam towarzystwa w Patio Barze. Informacje z Polski: przez dwa dni spadło pół metra śniegu, mam nadzieję, że ktoś odśnieży nam podjazd, dobrze, że dziś włączyło się na maksa ogrzewanie w domu. Ja mam już spakowaną swoją walizkę i torbę podróżną - w sumie 20+5Kg. Nie chodziłem w jednych ciepłych spodniach I butach do biegania, niepotrzebne było z 5 par skarpet. W walizce znalazło się parę butelek wina, brandy oraz kosmetyki. W lodówce jeszcze czeka chorizo, a w pobliskim sklepie jamon serano. Szybko zleciało te dwa tygodnie, dziś sobota, a jeszcze tylko niedziela, a w poniedziałek o 20:40 witaj polska ziemio.

Sobota nierozpieściła naspogodowo, słońce było od 9 do 11 rano oraz późnym popołudniem. Znowu pojawił się kanaryjski deszcz, kilka rzadkich kropli - nie mam pojęcia, co dzieje się z pojawiającymi się czasami czarnymi deszczowymi chmurami. Ludzie są tak obojętni na ten deszcz, że nawet nie zwracają uwagi i idą na plażę, na basen, bądź nie podnoszą się z leżaków. Niezawodnie po minucie, czy dwóch deszcz znika.

Kuchnia sobotnia też nienapawała optymizmem. Dobra zupa morska z małżami, kalamarami, oraz cienkie plasterki indyka w sosie białym z kaparami. Wielkie indyki wnoszone i krojone przez obsługę, na mój gust mogłby jeszcze posiedzieć w piekarniku trochę I były bez smaku. Była jeszcze makrela w sosie, ale nie odważyłem się oraz tradycyjne: smażona wieprzowina, makarony, wołowina, ryba "biała" oraz panierowany kurczak. To co mi się ostatnio nie podoba przy śniadaniach, to zniknęły sosy do warzyw.

W barze u Diego już na stałe mam do cavy swój wysoki kieliszek, dziwnie patrzą się ludzie, ale oprócz naszego polskiego turnusu, wszystkie sie zmieniły. My oczywiście wyalienowani głęboko z tłumu, bo duża część Polaków rozmawia ze sobą, oprócz nas. Na usprawiedliwienie z naszego autokaru wysiadło w Barcelo 4 rodziny, a jedna z którą rozmawiałem wyjechała po tygodniu, no w każdym razie zniknęła.

Staliśmy się też posiadaczami dwóch kilogramowych żeli do kąpieli z aloesem. Dobrze, że mam wagę walizkową, to jakoś wieczorem to poupychamy. Na drugim końcu plaży, w Moro Jable, facet z piachu zrobił ostatnią wieczerzę oraz pomnik Buddy w skali 1:1, nie mieliśmy aparatu, wrzucieliśmy mu parę euro za pracę, nieźle musiał się nadłubać przy tym.

Na plaży trenowały też siatkarki plażowe Hiszpani, nie myślałem, że dla dwóch dziewczyn potrzebny jest 10 osobowy sztab ludzi na treningu i każy ma co robić.

Ta ostatnia niedziela.

Od rana wiatr, ale jest słońce. Dziś liczymy na doopalanie się oraz leniuchowanie na leżakach. Dziś nieczynny jest serwis ręcznikowy, dobrze, że jutro wyjeżdżamy o 11, bo od 10 można oddac ręczniki - kaucja za 3 sztuki 60 euro.

Należałoby zadać pytanie, czy głupi ma szczęście? Jest 16:00, czyli leje już prawie 5 godzin. Deszcz jest dość gęsty i zajadły, gdyż wieje całkiem silny wiatr, więc woda wślizguje się nawet na najdalsze zakątki balkonów i tarasów. Temperatura około 22C, więc stosunkowo ciepło, ale na spacer nie bardzo. Dziewczyny siedzą w kawiarni, ja leżę-śpię-czytam. Dobrze, że trafił się tylko jeden taki dzień, może wieczorem da się wyjść na spacer. Ciekawe, która wersja pogodowa jest normalna dla lutego - 1 dzień deszczowy na 14, czy może jeden słoneczny, na 14 deszczowych.

Z balkonu widać duże fale zalewające plażę oraz uginające się pod naporem wiatru palmy, jeśli to tylko jeden dzień, niech będzie jeśli bywa inaczej, to mieliśmy bardzo dużo szczęścia. W drodze do baru widzę w dużym basenie pływającą parę Anglików, wracam z baru jeszcze pływają. Nie wiem zazdrościć determinacji, czy wytrzymałości na niskie temperatury...

Po rozmowach z mieszkańcami, obsługą hotelu dowiedzieliśmy się, że takich deszczowych, bezsłonecznych dni w roku na Fuertaventurze jest 7-10 w ciągu roku. Da się więc tu żyć i wypoczywać, a pustynie nie są reliktem przeszłości. Jedyna zieleń, to to co zasadził człowiek, bardzo popularne są systemy nawadniające, które miejską zieleń podlewają nawet w gorące południe. Hotelowe systemy działają nocą, większość ich zbudowana jest z plastikowych czarnych rurek puszczonych wierzchem, z tym, że u nas nie ma trawników, tylko roślino obsypywane są czarnym, wulkanicznym żwirem, a właściwie takimi kamykami o strukturze pumeksu.

Wieczór upłynął po znakiem węży oraz tańców flamenco, oraz krewetek, cavy i jamon Serrano. Pora układać się do ostatniego snu na wyspie, niebo pełne gwiazd, więc może jeszcze jutro zaliczymy kilka chwil słońca przed powrotem do krainy wiecznej zimy. Dziś zastanwialiśmy się, że taki deszczowy dzień, jak dziś 14 lutego z temperaturą 22C pewnie w Polsce będzie, gdzieś w maju.

Jutro w samolocie podsumowanie, jednak pierwsza myśl, to spełnienie i zadowolenie z wyjazdu, druga kołacząca się w głowie, to powrót na wyspę kiedyś oraz chęć do zobaczenia bardziej rozrywkowej Teneryfy i Gran Canarii. Klimat cudownie mnie odpowiadający, jednak mieszkać tu? Chyba można umrzeć z nudów. Biznes - który mógłbym tu prowadzić, to jakaś mała knajpa, ale prawie wszystkie hotele oferują opcję all inclusive, więc kafejki cieszą się umiarkowanym zainteresowaniem. Mógłbym też zarządać hotelem, tylko bariera językowa, widziałem tu kilka rzeczy, które można by wyeliminować, dla większego zadowolenia gości.

A podsumowanie miało być w poniedziałek, a to jeszcze 45 minut.

3 poniedziałek, między chmurami do domu.

Uff i w samolocie, trochę opóźniony, ale jest szansa, że będziemy o czasie, bo droga powrotna trwa 30 minut krócej. Niestety musieliśmy zapłacić 27 euro za 3 kg nadbagażu... ale wolałem, żeby nie próbowano wazyć naszego bagażu podręcznego, można było wyciągnąć jakieś swetry, ale chrzanić to, wszystko w kosztach... Na błędach człek się uczy, a nasza waga pokazywała tak na styk 20 kg w każdej walizce. Drugi warszawski samolot, który miłał wylecieć godzinę przed nami opóźniony, tak, że nwet nie wiadomo kiedy odleci.

  No jednak niby krócej, ale jednak w Warszawie o 21:00,  równe 5 godzin. Na przemian próbuję czytać Perechodnika Spowiedź oraz słucham Depeche Mode.

Na lotnisku w kolejce do odprawy spotkaliśmy Panią Profesor Młodej z Cervantesa, które podróżowała sobie po wyspach i przelotem, a właściwie przepływem znalazła się na Fuerte.

Jeszcze konkluzja, co do zakupów na lotnisku - wszystko droższe, alkohole, kosmetyki, okulary, torebki Prady, Burberry. Zakupy zrobić zdecydowanie wcześniej.

Przejeżdżając autokarem przez część wispy zbierając ludzi z hoteli, znaleźliśmy jeszcze jeden łady hotel też z sieci Barcelo, w dużej miejscowości, jakieś 20-30 od Puerte Rosario. Reszta hotelowych miejscowości, to porażka. Małe dziury oraz czarna, wąska plaża, jeszcze ewentualnie Costa Calma, o której kilka słów pisałem wcześniej. Jesteśmy gdzieś na Mediolanem, teraz lecieliśmy przez całe Morze Śródziemne, a w tamtą stronę nad Francją, Hiszpanią I Portugalią.

Samolot lekko turbulencjował, ale nie było /jest/ najgorzej. To był niezapomniany urlop, pełen słońca, usmiechu, cavy, niezłego jedzenia, odrobiny zakupów I  takiego rodzinnego ciepła. Tego wszytkiego było nam naprawdę potrzeba, zastanwiam się cały czas, czy gdybym miał kasę na jeden wyjazd w roku, czy nie lepiej właśnie w ferie, gdy u nas jest zimno, krótszy dzień.

To tyle jeszcze trochę w powietrzu I teść odbierze nas z lotniska, miejmy nadzieję, że z bagażami, pewnie jeszcze jakaś dobra kolacja, a jutro praca oraz początek zrzucania kanaryjskich kilogramów po

Podziel się
oceń
0
0

WASZE OPINIE (20) | ZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  0