kontakt:xandar67@wp.pl
"I don't want to start any blasphemous rumours But I think that God's got a sick sense of humor And when I die I expect to find Him laughin"
Przez kilka miesięcy detektyw Rutkowski był wszędzie, już strach było otworzyć lodówkę, czy puszkę z piwem, konserwę turystyczną z obawy, że z niej wyskoczy. Mistrz marketingu był wszędzie.
Większość miała go dość za akcje z Sosnowca, rozdmuchanie tragedii do niewyobrażalnych rozmiarów, wprowadzenie do naszych domów Bartka i Katarzyny. Ostatni sprawiedliwy, opoka prawa.
Nic nie zmienił jego oddania Temidzie wyrok za nadużycia, opinia nie zlinczowała go za związek z byłą zakonnicą, która nagle stała się świetnym psychologiem zaangażowanym w sprawę śmierci dziewczynki z Sosnowca. Chociaż nagle okazało się, że sama ma poważne problemy emocjonalne. Rutkowski wykorzystał swój moment sławy do samego końca. No może zabrakło odrobinę rozpędu do skończenia filmu fabularnego.
Minął miesiąc, ludziom zobojętniała śmierć dziecka, czas zabliźnił rany, a machina sprawiedliwości działa pomału już bez konferencji Rutkowskiego.
Jednak co może poruszyć opinię społeczną równie skutecznie, jak śmierć dziecka, otóż podpowiem wam - śmierć zwierzaka. Wybór Rutkowskiego padł na żyrafy!
Wandale włamali się 13 maja do łódzkiego ogrodu zoologicznego. Na skutek ich kretyńskiej działalności. To niewyobrażalne, ale jednemu ze zwierzaków Suri pękło ze strachu serce! Druga żyrafa Hana zdechła następnego dnia na skutek problemów z układem pokarmowym, które nastąpiły prawdopodobnie na skutek stresu.
Przeżył tylko samiec Malkolm. Czy teraz on zajmie miejsce Bartka w życiu Rutkowskiego, który pospieszył na pomoc Policji i już tropi przestępców? Rutkowski i przefarbowany Malkolm na konferencji prasowej, nowe życie dla Malkolma! Jak dobrze, że zjawił się nasz superhiro! Drżyjcie wandale!
A zupełnie poważnie ile trzeba mieć w sobie okrucieństwa, bestialstwa, głupoty, aby wtargnąć do ZOO i nękać zwierzęta. Mam nadzieję, że wykrycie sprawców powiedzie się Policji i odstraszy innych idiotów.
Czy chirurg to rzeźnik? czy ktoś spotkał na swojej lekarskiej drodze Dr House'a? czy jest jakieś światełko w tunelu dla polskiej służby zdrowie i czy ludzie pracujący w szpitalu służą? O tym warto rozmawiać!
Dwa tygodnie temu skaleczyłem się w piętę. Wlazłem na szkło, dość grube. Odruchowo wyjąłem je, włożyłem nogę do wanny, umyłem, zdezynfekowałem, zabandażowałem i pościerałem krwawe plamy w domu. Przez kilka dni trochę bolało, ale rana była dość głęboka, nie było żadnych powikłań. Kilka razy sprawdzałem, czy nic nie kłuje. Parę dni temu zrobił się niewielki krwiak, w miescu rany, ale nadal nic nie bolało. Do dziś.
Dziś biegnąc w lesie, na ułamek sekundy pojawił się niezły całkiem ból, po chwili znowu. Zdjąłem but, a tam z wiadomego miejsca leci krew. Nawet ucieszyłem się, że może zostało jakieś świństwo i wyleci. Ale pierwszy raz od początku przy dotknięciu zaczęło boleć, tak jakby był pod skórą odprysk szkła.
Podjąłem męską decyzję. Idę do lekarza. Myślałem, że zakończy się w zabiegowym. Umyłem nogi pachnącym mydłem, pedicure, dobre perfumy i w drogę do miejskiej przychodni. Wpadłem do zabiegowego, ale miłe panie powiedziały, że one nie pomogą, że trzeba do chirurga.
Brak kolejki do recepcji, wziąłem numerek, za godzinę i piętnaście minut wizyta u lekarza internisty. Ładna przychodnia, mili ludzie, kolorowo, pacjenci też jacyś tacy radośni. Bardzo sympatyczny lekarz, obejrzał nogę i dał skierowanie do pobliskiego szpitala, do poradni chirurgicznej w pobliskim szpitalu.
Tam zaczęło się. Daję skierowanie. No wie pan..., może na pojutrze zapisać? Wolałbym na dziś odpowiadam. No to niech pan pójdzie do pokoju lekarza i zapyta, czy przyjmie - odpowiada jedna z 3 pań oglądających najświeższe newsy medyczne w internecie. Lekarz powiedział, że jak zdążę do 14, to nie ma sprawy i wysłał mnie z powrotem do obskurnej, odrapanej recepcji.
Ma pan kartę u nas? Nie wiem. No ... nie ma pan. Dowód osobisty i wpłatę ubezpieczenia. Nie mam. No co pan! Dowód mam, ale z tym drugim gorzej. Ma pani fax, że tak głupio zapytam się? Nie! A internet i drukarkę? Nie!
No dobra pojechałem do firmy. Po 15 minutach wróciłem. Lekarza już nie było, ale pilęgniarki wyszły i skierowały mnie do szpitala na RTG. Wychodząc słyszę ich rozmowę - ale po co go wysłałaś, jak to szkło i tak nie będzie nic widać.
Po RTG wróciłem. Okazało się, że jestem drugi w kolejce. 15 minut po czasie przyszedł lekarz - lat około 55, ani młody, ani stary, niesymaptyczny. Pielęgniarka jeszcze do mnie się uśmiechnęła. Wszedłem po chwili do gabinetu. W takich sytuacjach staram się dobrze wyglądać - marynarka, niezłe dżinsy, fajna koszulka, markowe buty, perfumy, uśmiech i wyłączony telefon, żeby nie drażnić.
Lekrz dzwoni do pracowni RTG słuchaj jest tu u mnie taki - Tom Randdal, masz jakieś zaciemnienie na pięcie? Nie? No dobra.
Co pan chce? No, żeby nie bolało więcej - tak jakoś głupio wyrwało się. No dobra, proszę iść do pokoju obok i położyć się. Podeszła druga pielęgniarka, tej ładniejszej i milszej już nie było do końca. Gdzie pana boli zapytała. Po drugim moim słowie wyszła... gadać do ściany? Czy nie... Nic nie mówię. Leżę na brzuchu. Wszedł lekarz. Czymś tam smaruje tę piętę. Nic nie widać mówi - myślę sobie - k. jakby było widać to sam bym sobie wyjął, nie czekał 5 godzin, aż ktoś zlituje się. Rozumiem, że lepiej żebym miał postrzał, jakiś szrapnel wyglądał z tej pięty, choćby mała dzida...
Ale zdobyłem się na empatię. Może ja państwu pokażę gdzie mnie kłuło. Ale noga zapaćkana na pomarańczowo, wpatruję się i widzę czarny punkcik - pokazuję więc. Lekarz mówi, że nic nie widzi, no tak ale stał tyłem i wybierał narzędzia.
Pomyślałem przez chwilę, czy to dobra noga. Leżę będę dzielny - myślę. Wbijają mi igłę w piętę, potem dłubią przez parę minut, może trochę więcej. Słyszę głos pielęgniarki, o szczękneło na 200% coś jest. Zrobię głębsze nacięcie - mówi lekarz.
Niech pan odejdzie, bo pobrudzi się pan, mówi do niego pielęgniarka. Znaleźliście coś pytam się leżąc w niepewnej sytuacji na brzuchu. Nie - słyszę zgodną odpowiedź.
Lekarz wychodzi. Po chwili słyszę, że mogę ubrać się, właściwie wstać, bo buta nie założę już prędko.
No niestety nie udało się nic znaleźć - mówi lekarz. Wie pan, wcześniej nie bolało mówię, myślałem, że jest ok, tylko jak dziś biegłem - to nie biegać więcej - mówi. Patrzę na niego i nie wiem, czy jaja ze mnie robi sobie. Nie on na poważnie.
Wie pan, może to wyleciało, a może organizm to wypchnie, albo obrośnie i może nie będzie bolało. A to może boleć? No może odpowiada. A niech pan nie chodzi ze dwa dni.
A to głęboka rana jest? No głęboka, bo nie mieściły się narzędzia. Ze dwa dni niech pan tam nie zagląda.
No dobrze, ale może jakieś zwolnienie na dziś, bo cały dzień po lekarzach i mam nie chodzić. Patrzy się na mnie dziwnie... a to kacowe sobie weź mówi, już bez pan. Ja grzecznie, że mam inne plany urlopowe i że to jego nacięcie głębokie, to może jednak powinien napisać. Zaczął wykład z prawa pracy, ja że dziękuję, ale wolałbym zwolnienie - bo głupio jak dyrektor będzie skakał na jednej nodze po firmie.
Nagle stałem się przezroczysty. No daj mu do końca tygodnia, bo jutro znowu przyjdzie...
Czy tylko ja mam szczęście do lekarzy idiotów i impertynetów. Poza tym pierwszego kontaktu. Nie pomógł mi jeszcze nigdy żaden lekarz - kardiolog, dermatolog, paru laryngologów, okulista. Dopiszę jeszcze chirurga. Ciekawe kiedy zacznę chodzić i na ile skutecznie. Tak więc po 45 latach życia, w tym 23-24 latach pracy jestem drugi raz na 3 dniowym zwolnieniu lekarskim.
A wy kochacie swoich lekarzy?
p.s.
Nie dałem rady czekać do jutra żeby zmienić opatrunek. Chciałem napisać, jakie było moje zdziwienie, ale nie - upewniłem się w głupocie tego osła chirurga. Naciął ranę wzdłuż, a nie w poprzek, czyli szukał opiłka tak z centymetr obok miejsca gdzie pokazywałem mu, że jest...
Wracając z imprezy zderzyłem się wczoraj z Pudzianem. Ja chciałem nalać sobie kieliszek wina, niestety mistrz w tym czasie pokonał rozrośniętego afroamerykanina, przy uzyciu kilku młotkowych. Bob Sapp nawet nie zasappał się zbytnio, ale najbliższych miesiącach stoczy tyle walk ile Mike Tyson i Andrzej Gołota przez całe życie.
Pudzianowski walczy, albo raczej "walczy" z różnymi gwiazdami. Niestety walka, która ustawiłaby go na resztę życia nie odbędzie sie w najbliższym czasie, ponieważ Adam Małysz będzie prawdopodobnie przez najbliższe lata zarobiony w Radzie FIS.
Być może w najbliższym czasie walką wieczoru mógłby się stać pojedynek Pudzianowskiego z Dorotą Rabczewską, niestety nie ma chętnego mendżera, który by zbliżył się do niej, po tym jak oklepała jednego ze swojej branży.
Być może ten najmodniejszy obecnie sport zasili ktoś z ekipy Tańca z Gwiazdami, bo tam już same gwiazdy i nie ma tancerzy, więc na najbliższe lata program został zesłany do lamusa. Trzeba poczekać, aż niemowlaki z Na Wspólnej, M jak Miłość i Szpilek na Giewoncie dorosną.
Internet jak długi i szeroki wrze: jakim prawem zespół Jarzębina wygrał plebiscyt na piosenkę naszej reprezentacji, czy też polski hymn Euro, bo pan bloger nie bardzo jest w temacie.
To straszna wioska taka piosenka, śpiewana przez artystki z koła gospodyń wiejskich. Te rymy częstochowskie. Wieś tańczy i śpiewa. Natychmiast pojawiły się komenatarze jakie Euro, takie Waka Waka. Ci bardziej wyluzowani stwierdzili, że Polacy potrafią spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka. A domyślacie się jakie jest moje zdanie?
Mnie jest wszystko jedno. Powiedziałbym jaka reprezetacja taki trener, jaki trener taki przebój reprezentacji. Czy to ma jakieś znaczenie co będzie grane przed trzema meczami z Rosją, Czechami i Grecją? Żadnego.
Ja to nawet broniłbym Jarzębiny pod względem artystycznym, nie jest to może Grzegorz z Ciechowa i Piejo kury, nie jest to może Goran Bregovic, nie są to nawet Golce, czy ten przystojniak co śpiewa bezsensowną piosenkę o tym, że pójdzie boso, jest to odpowiedź na nasz polski, ciermiężny gust. Takie folk-polo, które wielu kocha. Na dodatek utwór o bardzo długiej historii, który kiedyś wykorzystał Kilar opracowując repertuar dla zespołu Śląsk:
Mnie rozczarowuje trener który kłamie ustawicznie i nie potafi sklecić zdania. Tę jego elokwencję wybaczyłbym mu nawet, tak jak brak matury, ale brak konsekwencji jest przerażający. Powołał nie tylko piłkarzy którzy nie grają w swoich klubach /a miał być to najważniejszy warunek/, ale powołał takich którzy nie grają w swoich klubach i nie grali w jego reprezentacji - Artur Sobiech z Hannoveru, który w sezonie zagrał w swoim klubie 220 minut /jeden mecz trwa 90, tak dla laików/.
Lepszy jest Sebastian Boenisch, który zagrał w ciągu półtora roku 70 minut! Nie gra również w Szkocji Brożek, w drugiej lidze niemieckiej Adam Matuszczyk.
W składzie jest również Kucharczyk - napastnik, który strzelił dla Legii w lidze 3 bramki i rozegrał jeden pełny mecz ligowy.
Tak naprawdę to pod względem piłkarskim z tej zbieraniny nie można mieć zastrzeżeń do trójki z mistrza Niemiec: Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek oraz Szczęsnego. Pytanie za 100 pkt. dlaczego nie jest rezerwowym Tomasz Kuszczak zbierający fenomenalne oscylujące wokół 10 oceny w trakcie wypożycznie do Wotfordu, a gra rezerwowy Arsenalu Fabiański.
Nie mamy zbyt wielu dobrych piłkarzy, trenerów, mamy za to na ich miarę hit, który wystarczy na 3 mecze.
Wczoraj wyciągnąłem najpierw rowery, a potem rodzinę na przejażdżkę za miasto. Wolałbym pobiegać, można szybciej i skuteczniej się zmęczyć, ale jak ostatnia ciamajda przebiłem sobie w idiotycznych okolicznościach kilka dni temu piętę. Biegać nie da się, ale można jakoś ułożyć stopę na rowerze i przejechać parę … dziesiąt kilometrów.
Z racji towarzystwa utknęliśmy po drodze w karczmie. Jedzenie względnie możliwe – przystawki i zupy. Gorąco ponad 30 stopni, usiedliśmy na tarasie, dookoła wszystkie stoliki zajęte. Dziewczyny dochodziły do siebie, a do mnie dochodziły strzępy rozmowy z sąsiedniego stolika. Bo wiesz grubi są tylko biedni i prości ludzie – perorowała pani tuż obok do gromadki dzieci i młodzieży. Bo ona to wie, bo była w San Francisco. Cóż może tak jest, a może inaczej. Pomiędzy panią, a naszym stolikiem siedziała 4 osobowa grupa w której jednemu z panów musiało zrobić się łyso, bo brzuch miał dość pokaźnych rozmiarów. Nie wiem jak z edukacją, ale nie spełniał kryterium biedy, bo wsiadł po skonsumowaniu kotleta z frytkami do olbrzymiego, nowego terenowego samochodu.
Na łamach swojego portalu redaktor Lis również wzywał do walki z nadwagą. On wie co mówi, bo sam schudł /podobnie jak piszący te słowa/ 20 kg. Brzuchom mówi redaktor stanowcze nie! Bo są brzydkie i mogą grozić chorobami przeróżnymi. Lis podrzuca dużą garść dobrych rad, co robić aby być szczupłym i długowiecznym. Nie ma w tym nic odkrywczego, bo wszyscy wiedzą, że trzeba jeść mało a często, nietłusto, bez słodyczy, nie jeść przed snem – u niego po 18:00, pić dużo wody, nie pić soków, uprawiać sport.
Racja, święte słowa. Jednak skoro to takie proste, to czemu takie nieosiągalne? Błędy żywieniowe czasami popełniam świadomie, bo sałata sałatą, ale dobry kawałek mięsa jest jeszcze lepszy, dobrze zrobiony z lampką, albo dwoma pysznego wina. Nie jeść po 18:00? Znam takich którzy z pracy wracają o 19:00, 20:00, a nawet 22:00 i nie mają możliwości zjedzenia czegoś w trakcie. A jak jest z Włochami, Francuzami, Grekami, Hiszpanami, Portugalczykami? No niech ktoś im powie, żeby nie jedli po 18:00! Tam właśnie życie toczy się wieczorami, przy kieliszku dobrego wina, oliwek, sera, mięsa, owoców.
Gruby i niewykształcony? Też tego nie kupuję. Oczywiście rozumiem, że pani chodziło z pewnością o mądrość i wiedzę o swoim organizmie, ale znałem wiele osób z biednych rodzin wiejskich, z małych miasteczek, gdzie dużo wiedzieli o jakości jedzenia, a duża część produktów była własna i bez wszelkich ulepszaczy. Przecież sushi powstało też z biedy, a trudno o bardziej prostą potrawę.
Nie ma prostych odpowiedzi. Trzeba starać się, uprawiać sport i nie szaleć z piwem i kiełbaskami z grilla co ponoć stało się sportem narodowym Polaków. Tyle że jednego zadowoli piwo z Biedronki za 1.90zł, a drugiego wino za 120zł, kto będzie zdrowszy i szczęśliwszy? Ja nie wiem. Ale czy chudzi ludzie są szczęśliwsi? - dopisałem te słowa po kilku godzinach po przejechaniu na rowerze 30 km i przenordicowaniu 10 km.
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 4 070 906 (wersja testowa)